lovesongs #10 ‘wypadki samochodowe nie są sprawiedliwe’
Track#: 10
Title: wypadki_samochodowe_nie_sa_sprawiedliwe
Artist: pawel_zietek
Album: lovesongs
Genre: ballad
Year: 06
Comment: version5.7_rozne_motta_zpiosenek; andifadoubleeckerbusinafastgermancari’mamazedthatisurvivedletdown&hangingaround
Druga sala Cafe de Herba, herbaciarni nad herbaciarnie. Sztuczny mrok, zasunięte story, ciężkie zasłony z gęstego atłasu, surrealiści w antyramach, zza ściany sapanie miasta. Dziewczyna w kącie, na piedestale, melodyjnie łka na skrzypcach, a cień jej nosa zdradza żydowskie pochodzenie. Przysadzisty kontuar z wielką staromodną kasą, a przy nim mężczyzna bez twarzy, w czarnym płaszczu, spija z filiżanki herbatę żurawinową. Jego głowa to jajko, a na nim fryzura o jednoznacznej i wyraźnej linii włosów. Człowiek z jajkiem w tupeciku zamiast głowy, od środka ktoś skrobie w skorupkę. Już się zaczyna.
Na chwilę uchylają się drzwi damskiej toalety, łypie jej piękne i przerażone oczko. Kelner zamyka wejście do kuchni i do pierwszej sali. Skrzypaczka od skrzypiec przestaje grać, usuwa się głęboko w swój kącik, odkłada instrument i zasypia. Mahoniowa figurka.
Mały Debil patrzy na puste krzesło naprzeciwko, płaszcz obszyty futerkiem, przewieszony na oparciu. Sięga po rękojeść swego czarnego parasola.
Kwestia męskiej dumy. Pojedynek ten był naturalny niczym smażenie jajecznicy w sobotni poranek.
Mijają się o grubość jedwabiu. Rykoszetują o krawędzie ramek, kanty mebli. Wybijają w powietrze stoły i krzesła, już walka toczy się we wnętrzu tajfunu, w żonglerce przedmiotów posyłanych w stronę przeciwnika to łokciem, to kolanem, to barkiem. Brzęcząca kasa, pałająca wonią czarnoziemu doniczka, surrealista w błyskającej się jak nóż antyramie. Wciąż nikt nie przyjmuje uderzenia, ledwie czuje powiew pędzącej masy. Wszak nie są tam po to, by prać się po mordach.
Mały Debil z gładkości ściany pęd wysnuwa i nura daje w kierunku kontuaru. Stoi tam Jajogłowy - pewnym jest, że uskoczy. Przemieszcza się rosłym esem. Lecz mały przewiduje miejsca, na które przeciwnik może się wycofać i ekspediuje tam technicznie perfekcyjnymi szturchnięciami kufel, wazon i dwa krzesła. Nie patrząc na skutek tych działań rozkłada parasol, odrobinkę wyhamowując na zakręcie. Wirażem ślizga się po wywoskowanym brzegu lady, łapczywie grabiąc prędkość. Tamten jest już z lewej. Udało mu się. Nie zawiódł Małego Debila. Podejmuje nawet widowiskową, choć nieudaną próbę smagnięcia jego facjaty bordowym mokasynem.
Jajogłowy potrząsa łbem, zrzucając tupecik, który jak zwierzątko tupta pod skrzypce leżące w kącie. Właściciel zaś gestem oszołomionego byka spada na przeciwnika, a wtóruje mu warkot odzieży. Lecz ów pędzi trajektorią wcześniej obraną w błogiej ignorancji i znów się mijają o włos.
Czarne skrzypce idą na czołowe, połaskotane tupecikiem po przyprogowym obszarze chwytni. Mały Debil nieznacznie zbacza z toru ich lotu. Odwraca się zamaszyście, chwytną połą płaszcza ciska je w kąt pomieszczenia, gdzie łysy kuca, szykując ofensywę. Ulatuje w czas, dostojnie szemrząc i instrument eksploduje o ścianę. Drzazgi, chmara szerszeni, kotłują się, na co wojownicy z gracją pryskają w głąb pomieszczenia, pod sufit, gdzie bezpieczniej.
I tam właśnie, pod żyrandolem gwiaździstym, następuje spotkanie.
Zwierają się, wbiwszy sobie wzajemnie szpony w klapy odzieży wierzchniej, zioną w oblicza swoje odorem stu herbat, soku aroniowego. Dziwna to sekunda, gdy okolica zamiera, wszystko zastyga. Wtem Mały Debil ciało wychyla zdecydowanie, kończyn siłą się wspiera, wyrywa z uchwytu i kieruje wroga ku ścianie bielonej. Lecz wróg zaskakuje żwawą reakcją, raz jeszcze zaciskając pięść na odzieży, tym razem na nogawce, tak silnie, iż wroga wróg parasola rękojeść puszcza, impetu zaś nabywa i wespół mkną, siłą inercji wiedzeni, mkną w płaszczyznę jasną.
Inercji potęgą wiedzeni, bezsilnie z nią w szranki idąc mięśni spinaniem nagłym, płyną na na grawitacji zachęty nieczuli, ach, płyną w płaszczyznę jasną.
Ten ruch Jajogłowego, który Mały Debil dostrzega już u zarania, jednak reakcji wykrzesać nie potrafi, choć czasu aż nadto. I widzi to sięgnięcie w zanadrze, prędkie, a wąskie. A sięgnięcie w zanadrze jest jak z filmu, bierze go wyciąga ruchem jak kurwa mać, ja was kurwa pozabijam, bierze go wyciąga, rewolwer piękny lśniący, śliniący się na widok skroni, aż mu cieknie z lufy. Jajogłowy dopada malca debilnego, a szyję owija ramieniem anakondzim, pozbawionym stawów. I przykłada małemu do głowy zimną lufę, odsłoniwszy kanty i krągłości rewolweru, bębna wymowność, czerń oksydowanego stopu, smoliste rozlustrzenie. I tak rzecze, a głos ma zachrypnięty od pall mali i od whiskey, zażywanych ze smutku: Giń skurwielku, wyliżę twoją kobietę!!!
I oddaje strzał.
Krwawa mżawka wypełnia pomieszczenie. Ten kawał czaszki, co go odłupało, mknie dymiący na wskroś salki i jak uderza w ścianę, to się rozpada na wszystkie strony, że robią się kontynenty. A mały z tą czaszką odłupaną upada na podłogę i na początku wierzga nogami, rękami macha, aż w końcu natrafia nimi na kielich swojej czaszki i wbija palce w mózg, co go nieco pobudza, więc robi sprężynkę, staje szeroko na nogach i zaczyna biec, od ściany, do ściany, i biega pomiędzy tym wszystkim, pogruchotanymi meblami, krzesłami, stołami, kontuar jak jakieś ruiny, mur stary, i pryska pod jego nogami to wszystko, z każdą rundą bardziej już niczego nie przypomina. Skrzypaczka przebudziwszy się, w kącie siedzi skulona, patrzy jakby go kochała, albo jakby jej żal było, a on tak w swoim mózgu głębokich penetracji dokonuje, gmera jak w słoju drzemu, grzebie, bierze na palec i smakuje, i niczym lodołamacz sunie, a wióry strzelają na wszystkie cztery strony, trzy wymiary, tynki lecą, pył, mgła krwi, normalnie całość ślicznie.
A Jajogłowy już dawno w łazience zabarykadowany, już rozwiera jej nogi, już zdziera z niej szmaty, a ona się wzbrania, lecz tylko dlatego, że wzbraniać się należy, tak myśli, tak wie, dotyka językiem delikatnego mięsa jej rozkroku, bawiąc się kluczami do samochodu, błyskając jej przed oczami, dzwoniąc i mamiąc ją dobrem materialnym, i tak w milczącym porozumieniu na mocy stanu posiadania dokonuje się gwałt, na metrze kwadratowym, na trzech sześciennych, nad muszlą klozetową, wypiętrza ją w górę, niczym pacynkę, wzieliśmy cię na języki, ja i mój rewolwer.
A Mały Debil wbiega w ścianę.
Zostawia po sobie otwór jak rysunek kredą po trupie, kojot, albo miś jogi, i biegnie ulicą. Jeszcze pada, krople wbijają się w nagi mózg, a on rozrzedza się, aż w końcu chlupocze mu w czaszce. Przelewa się przez krawędzie. Przelała się czara goryczy, mówi sobie, przelała się. I pędzi w te wszystkie miejsca, do tych wszystkich jedynych czarodziejskich ich zakątków, wyszczypuje spomiędzy poduszek kanap i foteli znajome monety, znajduje na ścianach znajome ślady po podeszwach, i wyłuskuje spomiędzy stron czasopism u fryzjera znajome włosy, przesiewa piasek przez palce, by znaleźć podrdzewiałą spinkę, a kiedy się przechyla i klęka, niucha na czworaka, to mu kapie z kawerny.
Tamci wychodzą z kibla, toalety i pospiesznym krokiem, z udawaną pewnością siebie oddalają się w kierunku samochodu Jajogłowego. A tupecik tupta za nimi.
A Mały Debil wreszcie zatrzymuje się, już nocą, choć jeszcze tramwaje, w czaszce pogwizduje mu wiatr. Już tylko patrzy, chociaż i to zbyt wiele powiedziane, bo nie patrzy, a jedynie widzi. Stoi na moście, pod nim sunie wolno rzeka, zatoczka po lewej zupełnie martwa, obok szybko suną samochody, chmury nad nim suną w średnim tempie. Ten odcień złota nocą, świetliste pływy na jezdni. Na chodnikach pełno żółtych kropek.
Stoi i spod niczego nie wyzierają znaczenia. Co widzi - celuje w próżnię.
Ręce w kieszeniach. Lewa - komórka. Prawa. Spinka. Skrzek rdzy. Monety. Breloczek z magiczną kulką feng shui. Uzdrowi, wyleczy, kiedyś wydawała z siebie krystaliczny dźwięk. Ten papierek z którego musiała wygryźć słodkie. Wizja lokalna: robiła to trochę jak pies, który wygryza pchły z sierści. Tak też wgryzała się w jego jamę ustną i w język. Byłby tak skojarzył i znów zdziwił się, jak dziwnie mu się kojarzy, ale nie miał jak. Ściskał zwitek folii w pięści jakby chciał wycisnąć z niego sok, gdyby miał czym chcieć. Aż zabolało. Pogryziona nakrętka od długopisu bica, niebieska, z jaśniejszym bliznami po zębach. Jeśli w nią dmuchnąć, ale nie za mocno, tak akurat, zamienia się w gwizdek. Bardzo subtelny, przyjemny dźwięk. Orzeźwiająca nitka. Włosek dźwięku.
Ciepła noc. Opitemu asfaltowi odbijają się wszystkie kroki, echa zapachów możemy poczuć. Przewyraźnie. Rzeka już chyba stanęła i niebo już stoi, i nic już prawie nie jeździ. Tramwaje przemykają bez szmeru, czuć tylko ich objętość i chłód. Dzieje się to gdzieś z boku, za głową. Samochody - atrapy. Jadą, ale nie kręcą się im koła. Samochody nie są już straszne, są groteskowe jak czaszki. Telewizja bez dźwięku. Mowa ryb.
Idzie dalej, by wrócić do domu, idzie w ściany, gdzie na jupiterach bloków świecą się domy innych. Wyświetlają się w prostokątach. Kiedy idzie granią betonowej zasłony, chroniącej mieszkańców przed hałasem pięciopasmówki, widzi wiele samochodów, ale nie wie którym jedzie ona i Jajogłowy.
Kiedy wyciąga z kieszeni telefon komórkowy z aparatem, nie wie po co, ale na pewno nie po to by z kimkolwiek rozmawiać, bo i tak nie wiedziałby co powiedzieć, bo nie ma czym wiedzieć, bo i tak nikt, z kim chciał rozmawiać nie odebrałby.
Wspina się na przęsło mostu. Rzeka przetknięta przez amfiladę filarów wciąż stoi w miejscu podskubywana deszczem. Siada i przepuszcza samochody przez ekranik komórki. Wosk przez klucz. Akurat gęściej dziwnie jak na tę porę. Spluwa w dół i zamyka oczy. Ślina na szybie, pisk opon.
Kolorowe pancerzyki pozginane prawie do końca, że wystarczy srebrne załamania lekko trącić, by przerwać blachę i ujrzeć wilgotne wnętrze, a tam lśnienia soków, mięs, biel kości, ścięgien, spiralne przekroje, chrzęści odsłonięte, sprężyste. Mokre i delikatne, opięte.
Teksturowa siatka identycznych kwadracików, wypełnionych pastelową tęczą gnie się jak w krzywym zwierciadle. Robią sie romby, trapezy, trójkąty, kółeczka, ciapki robią się także, oblepiają samochodziki, hipisowskie garbuski, furgonetki z pacyfkami na dachu. Biedroneczko leć do nieba przynieś mi kawałek chleba.
Zasztyletowana perłowym oplem cysterna - stonoga nabita na igłę. A mleko pełznące w znanym sobie celu niby biała jakaś armia czegoś białego. Mały ford, karłowaty garbusek i skuterzątko rzucone na latarnię. Mętne kałuże soków trzęsące się, gdy tuż obok mknie tramwaj, już jeden z ostatnich. Na lewo od nich półksiężyc naznaczony na asfalcie niemowlakiem. Wózek spleciony z barierką. W uścisku.
Rzut z góry, gdy znów lunął deszcz, rozkładane parasole biorą się znikąd. Rzut z góry, garstka martwych owadów rzucona w mrowisko, migotanie lakieru, plamy barw, krótkie rejterady poza kontur, ameby, stworzonka, roziskrzony wrzątek kałuż.
Przyjeżdżają odblaskowe służby. Policja przyjeżdża. Przyjeżdżają karetki. Bezgłośne koguty. Wiatraki błękitnej poświaty. Ludzie w żółtych płaszczach. Kaptury. Sunące sztywne ludziki. Smugi barw. Anteny. Szum eteru. Elektroniczne zwoje. Niewidzialne przesłanie. Nosze. Czerwone krzyże. Szmer.
Przęsło napięte jak przed skokiem.
Telefon odgrywa dźwięk aparatu lepiej niż aparat, kiedy Mały Debil robi zdjęcia wypadku. Nie dba o kadrowanie, pstryka na chybił trafił, wiedząc, że tak jest lepiej. Wiedziałby, że tak jest lepiej, gdyby miał czym. Teraz pstryka obraz nawleczony na telefon, dalej nawlekający się na jego jaźń, i - czego byłby pewien, gdyby mógł - nawlekający się na inne jaźnie, w tych świecących domach chociażby, w których powycinano czarnych gapiów. W jednym z nich jest ona i Jajogłowy, być może dalej, gdzieś w oknie, którego nie widać stąd, ale wypadek widać stamtąd, więc mogą być nadzy. Byłby pewien. Póki co pstryka.
Zjeżdża z przęsła na tyłku, drobnymi kroczkami oddala się z miejsca przestępstwa. Wpada w ligustry i przedziera się przez nie, czołgając się, by nikt go nie zauważył. Przechodzi przez dziurę rozplecioną w płocie.
Wyłania się z krzaków po drugiej stronie miasta, w wesołym miasteczku obok dworca autobusowego, jak uchylona lodówka nocą w kuchni, uwalany błotem. Dociera do barakowozu, o którym wiedziałby, że to ten barakowóz i stuka kilka razy. Stara się być nieśmiały w tym stukaniu. Wchodzisz kurwa! - słyszy i wchodzi.
Pomieszczenie jest małe. Kolana Małego Debila dotykają rzeźbionego zwieńczenia rozłożystego łoża spowitego baldachimem. Jak zawsze łóżko wypełnia całe pomieszczenie. Pośród fałd czarnego, nadjedzonego przez mole jedwabiu uwija się jednonoga, cygańska piękność. Mimo uszczerbku naprawdę niezła. Zwiewna nocna koszula z tej samej materii, co pościel. Faluje jak zorza. Mały Debil osiąga nieziemską erekcję.
- O co chodzi - pyta Cyganka - powróżyć?
- Mam tu zdjęcia, różne. Zdjęcia wypadku z mojej śliny i przetrawionej śliny poszukiwanej, pani rozumie, pani wie, o co chodzi, panie pomoże, wyjaśni człowiekowi - mówi, drapiąc nerwowo krawędź telefonu - pani nie czyta moich esemesów, tam nic nie ma. Pani się nie boi, że przypadkiem wdusi guzik i zadzwoni, bo ja nie mam pieniędzy na koncie. Bo niedużo dzwonię, to na kartę mam. Pop-kartę.
- Siadaj - wskazuje krawędź łóżka.
- Chodzi, żeby mi kobietę odszukać, co on ją uprowadził mi ze spotkania z rozmowami. On mi ją porwał, a nie wiem kim on jest, nie mam pojęcia czym odjechali, a chciałbym wykonać działania, które pozwoliłyby mnie, aby było w porządku. Pani jest zdolna, czytałem nieraz, że pani policji pomaga, że pokonuje terrorystów i znajduje ich w norkach, jak chrupią marchewki i planują zabijanie.
- Nie interesują mnie twoje neurasteniczne perturbacje i pojebania - przerywa.
- Myślałem, że to pomoże - tłumaczy się.
- Bynajmniej. Oboje wiedzą, że po tym słowie należy na dłuższy czas zamilknąć. Daje jej telefon, a ona patrzy w ekranik, który naświetla jej twarz.
- Ten łuk krwawy współgra z prostopadle zgiętą maską tutaj, co w opozycji do wywinięcia wózka oraz kąta wypaczenia zderzaka daje nadzwyczaj frapującą konstelację… - mówi - Te drzwi zabryzgane odwracają semantykę cysterny pogiętej. Klasyczna figura puszki coca-coli, tyle że à rebours. Pikanterii dodaje ślad śledziony na tylnym fotelu forda, co w połączeniu z poduszki powietrznej rozdęciem bufiastym występuje nader rzadko, a oznacza między innymi śmierć. To zdecydowanie intrygujący przypadek. Całościowo niby figura minotaura, a jednak tu i ówdzie dość znaczne atrofie symetrii, rdzeń mocno przetrącony i duża strefa aeracji, naprawdę wielka - bierze głęboki wdech. Widzę - oddycha ciężko, jej biust pulsuje - Widzę kominów szeregi - na jej skórę występują bańki potu. - Tak widzę, widzę! Widzę wieżę, krzyż, krzyż widzę, widzę kościół. Kamienicę widzę szarą, szarą obok kościoła - szczytuje - pod wezwaniem, pod, pod wezwaniem Zmartwychwstania Paaaaańskiego! - wypuszcza powietrze przez zęby, sapie zwierzęco - Ulica Zmartwychwstania Pańskiego 9a przez trzy. Pięćdziesiąt złotych wezmę, muszą mi się chociaż kilometry zwrócić - uśmiecha się wrednie.
Daje pięćdziesiąt złotych, bo akurat ma, opuszcza barakowóz i zanurza się w ligustrach. Po drugiej stronie miasta wychodzi z nich uwalany błotem. Spodnie ma porozdzierane i wygląda bardzo niezależnie. Zadziera głowę i patrzy w świecący prostokątny dom, który wisi w czarnym. Światło pada stamtąd na samochód. Wartburg 353. Przemalowany na czarny metalik a góra szampan. Ani specjalnie ruski, ani specjalnie niemiecki. Taki ma kształt, że nie wiadomo, gdzie jest przód, a gdzie tył. Takie ma logo zrobione na chrom. Jak zagląda do środka, to jest tam kierownica rajdowa. Ładną bryka, chuju, myśli.
Światło na górze zgasło, więc wchodzi pod samochód i tam mocuje się przodem do podwozia. Zahacza ręce i nogi. Oni wychodzą. Jajogłowy obejmuje ją wpół, w drugiej ręce trzyma flaszkę tequilli, zataczając się szeroko. Jej białą twarz oblepiają czarne strąki. Wygląda, jakby noc wydrapała jej kawałki głowy. Toczą się, dochodzą. Jajogłowy otwiera na dżentelmena. Okrąża przodem i również wsiada. Dopiero teraz tapnięcie, bo ona zbyt lekka na tąpnięcie.
Ruszają. Podwozie jest podrdzewiałe i Mały Debil wypluwa okruszki rdzy pomagając sobie koniuszkiem języka. Stara się usłyszeć co mówią, ale silnik buczy głośniej. Pędzą już z dziewięćdziesiąt i wygląda na to, że jeszcze ma zapas. Noc jeszcze bardziej niż wcześniej. Złoty brokat topnieje pod przednim zderzakiem.
Mały debil uderza głową i poprawia pięć razy, po czym wygina szyję w kąt prosty, trochę lawiruje i wsuwa głowę do komory silnika. Tłoki grają mu na nosie, a koło zamachowe terkocze ząbkami o ucho. Kiedy na luzie podjeżdżają do świateł, słyszy jak się kłócą. Ty kurwa kutasie, źle mnie traktujesz, jak dziwkę, przedmiotowo, mnie się chyba z tobą jednak nie chce pędzić twym czarnym Wartburgiem na przekór społeczeństwu, uciekać przed złym ojcem. Teraz już za późno, już uciekliśmy, teraz będzie film drogi, zamknij paszczę, bo ci naszczę - brzmi odpowiedź.
I dalej jadą, jadą na most na pewno, bo jest pod górkę. Mały Debil już szuka newralgicznego kabla, językiem dotykając zwojów, wytężając słuch. Otarcie kości ogonowej, znów poziomo, są na moście. Próbuje dosłyszeć zza buczenia ich głosy, słyszy krzyk: Zatrzymaj ten pierdolony samochód kutasie jebany, nie chcę już z tobą na przekór społeczeństwu! Mały debil szczerzy zęby, prawie przygryzł sobie język, ale wciąż maca i bada, doszukując się kabla, nozdrza pełne ma smrodu, toteż pierdzi siarczyście, by uwolnić szkodliwe gazy. Wreszcie odnajduje zacny pęk i wgryza się głęboko, po dziąsła. To ja wysiadam, pierdolę, krzyczy ona i słychać jak jej ciało głucho uderza w asfalt i turla się. Ale Mały Debil jest wkurwiony i już nie odpuści, ciągnie kable trochę w tył i po skosie, mimo woli wkręcając się skronią w wał korbowy albo coś podobnego. Ale to nic, napiera na wał mocniej, pisk opon. Coś się rozlewa, olej albo benzyna pryska mu w twarz, więc szarpie w drugą, ale przecenia swoje siły, bo coś go uderza i policzek przysmaża się do jakiejś gorącej wpustki. Mały Debil odrywa płat skóry i wsuwa obie ręce do środka, płynie w tym mechanizmie, wierzga łokciami, wygrzebuje sobie kubaturkę wolności, wspina się. Tąpnięcie, krawężnik, szeroki na metr chodnik, kinetyczny podmuch z przodu, balustrada. Podciąga nogi i już cały jest w środku, skulony, przestraszony, wściekły jak nigdy, w nerki młócony.
A z zewnątrz znowu zamarło, ten Wartburg czarny metalik o górze szampan, światłami swymi w księżyc patrzy, jeszcze lewym tylnym kołem dotyka balustrady, już gotów by runąć, jeszcze trwa bez ruchu, w pozycji wyniesionej jak Nike z Samotraki. I jej mała sylwetka na moście, powstająca i gotowa, by krzyknąć przeciągłe nie, nie chcę śmierci waszej, by ona nadeszła z mojej przyczyny. Lecz to jeszcze nie koniec, bo oto na pomniku pomnik urasta, wybija się oto potężny Mały Debil, odrzuca maskę i zrzuca maskę, demaskacja Małego Debila i Jajogłowego, demarkacja prawdy i fałszu, depilacja szczeciny oszustw z brodawki najczystszej prawdy objawionej. Mały Debil strzelisty niczym galion, jak jaguar sprężysty, rysują się mięśnie pod jego skórą, grają, kiedy on taki ubiczowany, poobijany, rozświetla mrok wypunktowany, czymże jak nie deszczem błękitnym, błękitnym czymże jeśli nie elektrycznym światłem, które wdarło się do krwiobiegu, i włosy mu sterczą upiornie, oczy wybałusza, a strumienie łez pędzone wiatrem przepasają jego pusty łeb, niczym puste łby wojowników Boskiego Wiatru, otóż i ostatnia szarża Yamato, pancernego Wartburga Jajogłowego! Wtem ostatni pancernik skłania dziób ku dołowi i gna. Ona krzyczy znowu nie, nie, ma śmierci przeze mnie, jam jest brzemienna z którymś z was, choć nie wiem z którym, bądźmy postępowi, wychowajmy to dziecko w trójkę, jam jest życie! Nie walczcie już! Mały, kopcący się Debil odkrzykuje: Jest już za późno! Ona: Nie jest za późno! Jajogłowy hamuje, spoglądając na zegarek, ale zahamować nie może. Patrzą w oblicze śmierci i patrzą w swoje oblicza. Wywiązuje się porozumienie, Jajogłowy, wychyla się przez okno i krzyczy do niej: Pierdolę twoją postępowość! A później już razem zmierzają w mętną toń zatoczki, krzycząc: Wolnooooooooooość! I to po stokroć powtórzone „O” koncentrycznie rysuje się na czarnej powierzchni, przechwytywane po chwili przez leniwy nurt, kiedy bez przytomności opadają na muliste dno. I to „O” zawiązuje się w łańcuch, który łagodną falą wpija się w niewidoczne chmury zaraz przy księżycu.
A ona, oparta o wygiętą balustradę, wypłakuje swe dziecko. Nim przyjadą odblaskowe służby. Stąd ta plama na chodniku w kształcie embrionu, którą po dziś dzień możemy oglądać.