lovesongs #9 ‘wesoło tu macie, skurwysyny’
Track#: 9
Title: wesoło tu macie, skurwysyny
Artist: pzietek
Album: lovesongs
Genre: neo-psychedelia
Year: 2006
Wesoło tu macie, skurwysyny - dotarło do nas, kiedy wpierdalał się oknem. A jeszcze nie widział wszystkiego.
Przypierdolił barkiem w ramę, tam gdzie łączą się dwa skrzydła. Puściło i wpadł do środka. Przetoczył się pod stołem i po drugiej stronie stanął na nogi. Spojrzał na mnie i na tego drugiego, który na imię miał Dawid i wrócił właśnie z kina. Dawid był typem gościa, co jak przyjdzie to w jednej dłoni - lewej mianowicie - trzyma portfel i komórkę, drugą natomiast podaje dosłownie każdemu na imprezie. Chodzi po całym mieszkaniu, zagląda wszędzie, ryzykując że przyłapie ludzi na kopulowaniu, na wywlekaniu starych urazów, na zeskrobywaniu martwego naskórka przed lustrem w łazience, bo nie zamykany był kibel, nie było klucza ani zasuwki. I włazi, i mówi, cześć jestem Dawid, jak się macie, nieźle, to dobrze że nieźle, ja też. Lubi wódkę czasem wypić, z wujasem lubi czasem wódkę wypić, wujas taki gość, spoko gość po czterdziestce, a każe do siebie mówić na ty, a co oni z jego szwagrem czasem odpierdalają, to to jest masakra. Taki Dawid co się uśmiecha białymi zęby, a jego dowcipy są zawsze wiadomo skąd, że już wiesz, co ci zaraz powie, znasz wszystkie filmy które widział, miłośnik komputerowych bajek od szreka począwszy, przez te o rybkach, warzywkach, pasikonikach, patyczakach, mysich pipkach. I wiesz to tak dobrze, że w półśnie z nim gadasz, i znasz to tak dobrze, że jak się zbliża, to ci się robi błogo. I taki Dawid zazwyczaj wychodzi wcześnie, nie dochlewa się, nie dobija, tylko idzie do domu jakby miał jakieś ważne sprawy o godzinie 23.38 w piątek. Ale tym razem został, co dziwne jak na takiego Dawida i coś z nim było nie tak, sprawiał wrażenie przygnębionego, zrobił się szybko wymrożoną wódką z syropem jagodowym na dnie, a poźniej generalnie wszystko rozpierdalał, a mówiąc bardziej szczegółowo szedł wąskim korytarzem i wbił palce pod tapetę, i szedł dalej, zdzierając jej pasy, a kiedy mu się kończyło, to jeszcze raz wbijał, i poprawka, i tak chodził korytarzem w te i wewte, raz za razem szarpiąc i zrywając połacie, aż odsłonił jakiś fresk czy coś, pierwsza zauważyła to Kaśka, bo ona ma duże oczy, powiedziała, kurwa fresk tam jest pod tapetą, i wtedy wszyscy zaczęli zdzierać, indiana dżons myślę sobie kiedy tak zdzieramy, ale szybko skończyliśmy, bo przyszedł ten to kto wynajmował to mieszkanie. Piękna, wysoka dziewczyna, bardzo dostojna i jej bardzo dostojny mężczyzna, kazali wszystkim usiąść i zaprzestać zdzierania tapety. Lecz Dawid zyskał na popularności, ze względu na tę swoją pomysłowość i bezkompromisowość, że tak potrafi nie bacząc na konwenanse wzbudzić w ludziach chęć zabawy. Dopadła więc doń Anna, z którą spędził później kilka przyjemnych chwil, wciąż jednak jakby nieobecny, myślami gdzieś daleko. Owszem wypowiadał się, żartował ze wszystkimi i śmiano się z jego dowcipów wiadomo skąd wziętych. Czasem jednak milknął, gdy ktoś przebojowy zabierał głos i tępo patrzył w nic, jakby coś tam dostrzegał, Anna składała na jego policzkach życzliwe pocałunki jak granaty zaczepne, a on tak sterczał, sztywny i cichy.
Było nas wielu, z pięćdziesiąt osób na pięćdziesięciu metrach kwadratowych, a jednak jakoś sobie nie przeszkadzaliśmy, niby osoba na metr a jakoś było wystarczająco dużo miejsca. Wszyscy siedzieli dwójkami. W kuchni, w pokoju jednym i drugim, w kiblu i na korytarzu siedziały dwójki, on nogi rozstawione, kąt zgoła prosty, ona na jego udzie, skierowana dośrodkowo, i wszyscy tak siedzieli, a faceci podrygiwali czasem obciążoną nogą, kiedy ktoś robił akurat głośniej, bo to kurwa jego piosenka, i wtedy panienki wylatywały wysoko aż pod sam sufit, co nadzwyczaj im się podobało, bo strop był tutaj nadzwyczaj wysoki, więc i lot długi, można było wiele rzeczy w tym czasie obgadać oraz ustalić, w tych niecodziennych warunkach lotu zawiązywały się nowe przyjaźnie, rozpadały te stare, powstawały sojusze, pakty stabilizacyjne, kiedy jedna mówi drugiej, że taki chłopiec się w niej kocha, ale nie wie czy może powiedzieć, zaufać, czy może jej zdradzić tajemnicę, ależ może przysięga druga, i wtedy Joasia powiedziała Gosi, że ją kocham, a ja właśnie posłałem w powietrze Julię, bo była moja piosenka, może nie jakaś tam absolutna klasyka, ale zajawka sezonowa, jakieś z wysp coś chyba, czy coś, i Julia gdzieś tam wisiała w powietrzu, w jednej trzeciej drogi do sufitu i widziałem jak mnie Gosia dyskretnie pokazuje Joasi, tam w jednej trzeciej, choć równocześnie prowadziłem rozmowę z Tomkiem, o tym że mi się wydaje, iż Natalka nań dzisiaj patrzyła, a Natalka w tym czasie sama, obojętna na wszelkie towarzyskie gierki, piękna jak zwykle, w tych swoich kabaretkach i butkach, zupełnie samiutka gnała w górę, wyżej i wyżej, trzymając w górze kubek szampana jak statua wolności, a wystartowała wcześniej z kolana Misia, który był wyjątkowo spięty na tej imprezie, jakby coś przeczuwał, wcisnął dłonie pod tyłek i siedział tak, do nikogo się nie odzywając, zaiste przeczucia jego były słuszne, widziałem to genialne salto Natalki, jak ona to zrobiła, że nie wylała ani kropelki z kubeczka, jak znalazła się nad Tomkiem, nie osiągnąwszy nawet jeszcze punktu szczytowego swojego lotu. Z perspektywy Misia była to porażka totalna i druzgocząca, teraz pozostawało mu już tylko czekać, kto taki pojawi się na jego kolanie zamiast Natalki, kiedy to wszystkie wylądują, bo wszystkie już poleciały, bo wszystkie już nasze kurwa piosenki zdążyły polecieć. Zawsze lądowały mniej więcej w tym samym czasie, od powrotu pierwszej do ostatniej nie mijało więcej niż trzydzieści sekund, lecz do tego momentu mieliśmy jeszcze dużo czasu, czasu dla Misia zapewne trudnego, lecz nie martw się Misiu, coś się kończy, coś się zaczyna, przyjdzie słodkie zapomnienie, ta impreza zrobiona jest dobrze, dziewczyn mamy tutaj tyle samo co facetów, na pewno sam nie zostaniesz, z czasem pewnie się zaprzyjaźnicie i może pójdziecie do zoo, albo na mistrzostwa Polski w kanter strajka, za którym tak przepadasz, choć sam - o czym wiesz już dobrze - nie masz refleksu i możesz zapomnieć o karierze, och Misiu. Ponad naszymi głowami grzmiał gwar, z którego czasem można było wyłapać jakieś przydatne treści, ale i dół nie był bierny. Dokonywały się niespodziewane zamiany miejsc, ostro przekonywałem Grzecha, że chciałbym usiąść na jego miejscu, bym choć na moment mógł poczuć nad sobą ciężar i ciepło Agnieszki, za którą zawsze wodziłem oczami jak wygłodniały pies. Grzechu siedział w kiblu, na koszu od brudnych ciuchów, było kilka zakrętów do pokonania, kilkanaście metrów, gdyż ja byłem w kuchni na krześle pod oknem, odchyliłem się więc na tym krześle w tył, najmocniej jak mogłem, całym tułowiem na zewnątrz, a wiał mroźny wiatr, więc siąkałem nosem, a w dole szum ulicy i podniesionym głosem wysuwałem kolejne argumenty, Grzechu, zamieńmy się miejscami, wyglądasz na znudzonego, zróbmy coś tym, przecież przyszedłeś się tutaj bawić, czy chcesz jutro obudzić się nie dość, że skacowany, to jeszcze zgorzkniały, i czy znowu chcesz obiecywać sobie, że już nigdy więcej nie weźmiesz alkoholu do ust, i ze już nigdy z tymi ludźmi nie pójdziesz na żadną imprezę, że zmieniasz środowisko, bo w tym tutaj wszystko się poustalało i już jesteś zmęczony ciągłym oglądaniem tych samych ryjów, zaś Grzechu, chłopak ognistooki i zdaniem koleżanek bardzo przystojny ciągnął dębowe wprost z puszki, i mówił że rozpatrzy propozycję, choć teraz to raczej ma ochotę biec i krzyczeć, sam nie wie dlaczego, tak jakoś go wzięło, żeby wstać i wybiec stąd i biec poprzez mosty i parki. Jego Agnieszka miała w tym momencie problem, bo uderzyła głową w sufit, i przebiła się na drugą stronę, i zaklinowała, a u sąsiadów z góry, w komputerze półśpiącego nastolatka odbywała się orgia z gatunku bukake, co oznacza że wielu czarnoskórych mężczyzn pastwi się nad azjatką za pomocą praktyk masturbacyjnych i twarz jej pstrzy swoim nasieniem. Było to dla dziewczyny doświadczenie szokujące, które miało ją odmienić, to znaczy uczynić z niej na zawsze już kobietę wszeteczną, skorą do kontaktów seksualnych z kim popadnie, zwyczajnie łatwą i rozwiązłą. Patrzyła z przerażeniem w ekran, głowa jej pulsowała, pot ściekał po skroni, po naszej zaś stronie ręce siłowały się ze stropem, bicepsy Agnieszki były duże, lecz nie męskie, zaś jej odsłonięte plecy wyćwiczone w młodości podczas treningów pływania synchronicznego dowodziły słuszności moich starań, a ryzykowałem przecież przeziębieniem trwając tak na zimnie i wietrze, tak wychylając się, tak krzycząc do Grzecha. A ryzykowałem i więcej, gdyż straciłem nagle równowagę, chcąc wychylić się odrobinkę bardziej i zawisłem między dwiema otchłaniami, między otchłanią ulicy w dole i między otchłanią kuchni, rojowiska paszczy i głów, oparcie krzesła chybotało się na ramie okiennej, stukając to w drewniany parapet wewnątrz budynku, to w blaszany na zewnątrz, palce wpiłem we framugi i starałem się wciągnąć z powrotem do środka, lecz gdy wpadałem do kuchni z przerażeniem w oczach, nie było sposobu by się nie skulić, a kiedy gwałtownie prostowałem się, by nie psuć tak wesołego nastroju imprezy, napierałem na oparcie lekko, zdawało mi się przynajmniej, że dość lekko, ale coś mnożyło tę siłę i odrzucało mnie z powrotem, obijałem się i znów wstępowałem na tę wagę, gdzie z jednej strony śmierć na chodniku, z drugiej łakome życie, i znów wpijałem palce w ramy okienne i ciągnąłem za siebie, znów wpadałem środka, łamałem się w pół, kuliłem, prostowałem, pozdrawiałem wszystkich. Pamiętam z wtedy obraz Julii, rozprawiającej z Martą, o tym, jak to dzisiaj w autobusie spotkała mężczyznę, który był podobny do hiu granta, aż przypomniało jej się jak była na filmie ze swoim byłym chłopakiem z Warszawy na filmie z hiu grantemm, ponieważ powiedział mu kiedy, że podobny jest do hiu granta, i wracałem. Z czasem przywykłem do tego rozhuśtania i z każdym wychyleniem starałem się Grzechowi podrzucić coś nowego, weź się Grzechu zamień, nie bądź chuj, przecież wiem, że chcesz, dostaniesz moją Julię tylko usiądź tu przy oknie, one lądują za całkiem niedługo, i wpadałem do ciepłego wnętrza, zaciągałem się dymem papierosowym, który tak wisiał w powietrzu, kuliłem się, baczność, i w tył, i na ramę, i stuk w parapet, i stuk.
Wychyliłem się po raz kolejny, i patrzę na okno drugie z rzędu, nie to od łazienki, lecz to od pokoju z telewizorem, gdzie palili gandzię i grali w tekena na pleju. Widzę gest rokendrolowy, słyszę szarpnięcie i okno zostaje otwarte, słyszę tam krzyki i butelka po dżinie leci na ulicę, rykoszet o słup latarni, jakimś cudem ląduje cała na asfalcie, i kręci się, ślizga jezdnią, podskakuje na koleinach, a ten jej odwłok pryska odbitym światłem, kręci się, buczy, aż wpada na krawężnik i eksplozja szkła jest, zaś nagie duże, a więc i zimne pewnie - wyobrażam sobie - piersi Luizy dyndają pod górną ramą okna, zobaczcie mnie, teraz kurwa ja, unosi się w powietrzu, jest wyzwolona, nie ma kompleksów i wątpliwości, bo jest feministką. I wtedy ujrzałem właśnie gest rokendrolowy, kiedy Luiza wycofała się do środka, zaspokoiwszy już się, emancypację zakończywszy, w oknie pojawił się telewizor, jeszcze grający, to znaczy podłączony, uchwyciłem przelotnie - bo było już późno, już mnie gnało do kuchni - popiersie prezentera, który nie był na tyle znany, bym kojarzył jego nazwisko, lecz mordę skądinąd owszem, była to twarz ciepła i domowa, matki i babcie z pewnością lubiły, gdy ten młodzieniec prowadził wiadomości, lecz telewizor zachybotał się, spojrzał niezdradzającymi strachu oczami prezentera w przepaść, nie okazał strachu, pomknął tam w dół najodleglejszy, opadał już ciemny, acz pod pozorami spokoju nabrzmiały ramówką, chlupoczący i grzechoczący mnogością wizji we wnętrzu jego zgromadzonych, milionem głosów nagle stłumionych, bo jeśli pomnożyć kilkadziesiąt stacji przez kilkanaście pozycji programowych przez wszystkie te dni nadawania i pomyśleć, że wszystko to mieści się tam w tym kineskopie, zaklęte w szkle jak mamut w lodzie, lub jako ten łolt diznej, cały świat z całym jego czasem przeformatowany na strumień, wszystko na ekran rzucone, bombardowanie cząstek rozszalałe jak bombardowanie Iraku, ileż eksplozji na sekundę nie zliczysz, tuż pod szkłem, globalny konflikt atomowy z lotu ptaka, globalny konflikt na fajerwerki, tuż pod twoim szkłem. Kiedy nogi mojego krzesła znów dotknęły podłogi usłyszałem finalną eksplozję. Kineskop wybuchł jak purchawka, a ulicę na moment wypełniła srebrzysta mgła. Szybko jednak osiadła na przedmiotach i ludziach.
A wciąż się bujałem, aż za którymś razem dostrzegłem, że Agnieszka wyswobodziła się z sufitu i zmierza w stronę brodzika, zaś Grzechu spojrzał na nią nieprzychylnie i powiedział: dobrze, zatem zamieńmy się. Podałem mu rękę, szarpnąłem i wyciągnąłem go przez okno, krzesło przechyliło się niebezpiecznie, lecz szybko zeń zeskoczyłem, zaś Grzechu opadł na nie z takim impetem, że pomknął z powrotem do kuchni i miał jej już nigdy nie opuścić. Przysiadłem na koszu, czekając, aż Agnieszka opadnie na moje kolano, byliśmy tu prawie sami, jedynie Dawid wyzierał z progu, rozwalony na pufie, którą przywlókł z pokoju. Oczy miał rozbiegane, zerkał przemiennie na mnie i na Annę, opadającą gdzieś w głębi korytarza. Przebierał nogami w oczekiwaniu na jej powrót, przyrządzając dwa szoty z wyborowej i soku jagodowego w białych plastikowych kubeczkach. Wódka skończyła się, więc rzucił pustą butelką przez okno. Pomknęła w czerń, ale brzdęku nie usłyszałem.
Agnieszka miała piękne, masywne nogi. Była w spódniczce i pończochach, wszystko widziałem dokładnie. Udawałem onieśmielonego, bo widziałem że robię to bardzo dobrze. Uśmiechałem się zatem, nerwowo unosiłem kąciki ust, pochylałem głowę, wtulałem się sobie w ramię i obojczyk, że niby nie wiem gdzie się schować przed tym wszystkim.
Gdzieś w kuchni gwar i szczebiotanie tak interesujące, że pragnę wstać, iść, słuchać, opowiadać, lecz nie pozwalają na to warunki. Gdybym ruszył się, zostawiłbym po pierwsze Agnieszkę, która wpadłaby w panikę, widząc pod sobą li tylko twarde porcelanowe lądowisko brodzika, i zaczęłaby machać łapkami, starając się zmienić tor swojego lotu, byłby to dramat. W najlepszym wypadku dostrzegłby ją wówczas Dawid, być może przesiadłby się na moje miejsce, może został na pufie, z pewnością dopadłyby go wyrzuty sumienia z powodu utraty, wyglądał mi na wielkiego konserwatystę, więc żaden trójkąt nie mógł wchodzić w grę, w tej sytuacji rozdarcia ostatecznie by się zagubił. Lecz ten gwar i to szczebiotanie tak wabiło, już padały deklaracje, jestem feministką, jestem feministką najzupełniej świadomą, ponieważ jestem człowiekiem, przeczytałam książki, przeżyłam dwa nieudane związki, jestem w trzecim znakomicie udanym, jestem feministką, bo uważam, że mam prawo do orgazmu, bo nie uważam orgazmu za obowiązek, kiedy nie chcę, to nie potrzebuję go, mogę się sobie zwyczajnie zsunąć z prącia i położyć ciepła obok. Plus skomplikowane zabiegi, żeby nie brzmiało to zbyt pretensjonalnie, a i równocześnie miało światopoglądową wagę, byśmy mogli podejrzewać o erudycję, a zarazem nie brzmiało to jak recytacja obmyślonego wcześniej manifestu, by nazwisko żadne ciężkie się nie pojawiło, acz jego patronat obecny był w każdym zdaniu, w stylu i przekazie, by ironia była lekką, nie grubymi nićmi szytą, nie nadmierną, aby powaga tych kwestii nie podlegała żadnym wątpliwościom, a całość zwiewną była, w oparach kobiecości, ale niewątpliwie bardzo, bardzo, nadzwyczajnie, nieziemsko wręcz zdeterminowana, o tak, taka determinacja wynikać może jedynie z głębokiego przemyślenia spraw, popartego autopsją, o tak, nie mieliśmy wątpliwości, że nikt tu nie ma wątpliwości, publika była pewna, że oratorki są pewne, staliśmy na twardym gruncie, przebywaliśmy pośród osób posiadających poglądy, mających poglądy już ustalone.
Wtedy ujrzałem jak Dawid, o którym przecież źle myślałem, jakby zapałał od wnętrza na zewnątrz, podniósł się z pufy, a ta urosła pod nim, wziął te dwa szoty w plastikowych kubeczkach wychylił błyskawicznie, pizgnął kubeczkami i podszedł do mnie. Stanął, zrobił cień w kształcie człowieka, a Agnieszka nad nami tak zamieszała światło, że ten cień jego co padł na mnie miał wielkie skrzydła, czarne i rozległe, ciągnące się przez całą łazienkę, załamujące na ścianach i falujące, gdy wiatr wpadał przez uchylone okno. Stał nade mną anioł zemsty, śmierci, zniszczenia, rozpaczy, rozpadu, objawienia, snu, burzy, wrzasku, martwoty, tęsknoty, buntu, rewolucji, sztucznie naprężony, nachalny, nachlany, krwią nabiegły, jego mięśnie azotem wezbrane, jakby chciał się pizgać i powiedział:
Co wy mi tutaj kurwa sprzedajecie, studenciki, czyżby przeryło wam doszczętnie mózgi, co wy kurwa nie widzicie, co jest grane?
Przeraziłem się, ale co mogłem powiedzieć. Powiedziałem, że nie, nie wiem co jest grane, mnie się wydaje, że my tutaj imprezujemy, zabawiamy się, odprężamy, łapiemy oddech przed następnym niełatwym tygodniem ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Co kurwa mam powiedzieć, też nie lubię czasem tego festiwalu póz, też mnie czasem bierze mizantropia na ludzi, ale prędko zapominam kiedy czuję jak czule moje kolano obejmują kobiece pośladki, zatem usiądź Dawidzie, być może będziesz miał dziś w nocy stosunek seksualny, czy możesz to uszanować, uszanuj proszę nasz dar, nikt cię tutaj nie zna, nie wiadomo kto cię zaprosił, a ty urządzasz sceny.
I wtedy zorientowałem się, że powiedziałem zbyt wiele. Zmarszczył mordę jak wściekły pies, odsłonił zęby i zawarczał. Gdzieś zza hebanowych wieżowców, sponad wież gotyckich w niebo skierowanych, gdzieś z tych ciemnych uliczek, w których nad głowami słychać brzdęk tłuczonego szkła, uciekającyh kobiet odgłos, ich obcasów stukających w żelazne schody przeciwpożarowe, gdzieś tam śmigłowiec przeleciał z jednostką delta, z czasem go znajdziemy, schwytamy go, nasz będzie, gdzieś tam musi być, usłyszałem, ujrzałem jasno w zachwyceniu, gdzieś smolistej, peleryny furkot, gdzieś księcia ciemności westchnienie, ostrza szczęk, silnika ryk.
Porozpadało mi się, chciałem się odnaleźć, lecz on nie pozwolił mi, miast tego pochwycił kołnierz i wytargał mnie na korytarz, nie bacząc na fakt, że Agnieszka została sama, wisząca i że owszem opadała sama w kierunku nieszczęsnego, śliskiego brodzika, a który z pewnością roztrzaska się, jeśli nie nadstawie jej mojego kolanka, amortyzując zgrabnie upadek, niejako wchłaniając całą jej energię, a ona świadoma tego długu energetycznego osiądzie na mnie łagodnie, otuli mą szyję, zmęczony kark ramionami, tak że poczuję muskanie włosia jej rąk na swojej twarzy, jak i zapach wtarty z ucho, co przy lizaniu daje tak niesmaczne efekty. Zatem, a więc. Tak staliśmy pośród obdartych tapet, w korytarzu, zadarłem głowę, gdzieś na firmamencie tego mieszkania majaczyły kształty Anny, łydki błyskały a on rzekł:
- Przecież tu musi być jakiś przełącznik, przecież on musi gdzieś być.
Twarz miał już porośniętą gęstą szczeciną, oczy pożółkły mu i źrenice zmalały, patrzył tak tocząc wewnętrzny bój, drąc szaty na piersiach i plując kwasem, miotał się uderzał w ściany, rósł w oczach, mięśnie jego węzłowate rozrastały się, rozrywały rękawy, uda pęczniały, nogawki strzelały jak dojrzałe strąki grochu, i walił w te ściany, tynk się sypał odsłaniał cegły, a towarzystwo ślepe na tragedię, co rozgrywała się na moich oczach gaworzyło w kuchni, ktoś co prawda zerknął z kuchni i zapytał co wy tam robicie, popłynął jednak z nurtem rozmów, zaś Dawid pędził właśnie na koniec korytarza, z rozpędu przywalił w drzwi, które poszły w drzazgi i dalej biegł, słyszałem, jak zbił okno i jak wielkim swoim cielskiem wbił samochód w chodnik. Zaraz był z powrotem, wrócił dziurą wybitą w stropie przez Agnieszkę, zakrwawiony, z kawałkami mięsa między zębami. Pędził na mnie, zrobiłem więc krok w bok, on zaś dał wślizg w moim kierunku. Minął mnie, znów przemierzył tym wślizgiem cały korytarz. Fiolka z fluorescencyjnym płynem śmignęła mi koło ucha i obracając się poleciała dalej, bliska była uderzenia o podłogę i rozbicia się, lecz pochwycił ją w ostatniej chwili. Zahamował kolanem, zdarł je sobie do kości. To jest śmiercionośne, powiedział grobowym głosem i otrzepał się z kurzu. Łydki błyskały nad nami jak ryby. Gdzieś musi być przełącznik, powiedział. On zaraz tu będzie, powiedział. Mamy mało czasu powiedział. To zaraz wybuchnie, powiedział. Detonator, powiedział. Uciekajmy, powiedział. Nie możemy, miliony ludzkich istnień, powiedział. Musimy działać dyskretnie, szepnął. Przegryzł fiolkę i połknął zawartość. Zacharczał, błysnęło i stał przed mną jak dawniej, z twarzą lekko upoconą. Czy mogę ci zaufać, zapytał. Możesz, odpowiedziałem. To jest gra o wysoką stawkę, powiedział. O ludzkość, podchwyciłem.
Chciałem jeszcze powiedzieć, że efektowny jest, naprawdę dobre efekty ma, industrial lajt end medżik tutaj widzę, jednakże uznałem, iż byłoby to zbyt cyniczne, nie wolno mi się w tym umieszczać, muszę wziąć na swoje barki tę odpowiedzialność, podjąć wyzwanie i być bohaterem, być tu kimś, kto odmieni los, kto stanie wobec złych i powie nie pozwalam. Wiedziałem, iż pisany nam los wyobcowanych, działających w mroku, pod osłoną cienia, że patronami naszymi są tinejdż mjutant nindża tartyls, że Donatello patrzy na nas przychylnie z zaświatów, zza fioletowej swojej przepaski, z kijem zwanym po japońsku dżo, widziałem jak błogosławi mnie znakiem krzyża, tym kijem go kreśląc, a skóra jego miała barwę jasną i zdrową, od zażywania pizzy z groszkiem i galaretką, co podług wiarygodnych źródeł stanowiło jego ulubiony posiłek, widziałem jak Majkel Andżelo, znany wszem i wobec dowcipniś i zawiadiaka, z zatkniętymi za pas nunczakami, stoi i zaśmiewa się z nas, stary doświadczony z niego żółw był, klepał się w skorupę, zaśmiewając się do rozpuku z naszych obaw, i widziałem znów jasno i znów w zachwyceniu, jak Lijonardoł, niebieska bandana, unosi swą katanę pod niebiosa, zaś po jej ostrzu spływa blask i jak ten blask łapie jego bystre oko, jak w moim sercu się ten blask zagnieżdża, drugi zaś miecz zatknięty miał na plecach by wolną, trójpalczastą dłonią pokazać nam kciuk, że jest okej, wielu było złych i wszyscy zostali pokonani, bo złych zawsze się rozwali, chociaż mogą być problemy i ogólne zagrożenie życia i zdrowia, lecz uda się, udać się musi, i w końcu Rafael mnie nawiedził w tym trudnym momencie zwątpienia, kiedy nie widziałem już dla siebie krztyny szans, bo kimże ja jestem wobec tych Żółwi, wobec ponadnaturalnych, paranormalnych zdolności Dawida, które w wyniku mutacji, kto wie być może i ingerencji samych sił piekelnych posiadł on i które, wychowany zapewne przez dobrego człowieka będącego profesorem na miejscowym uniwersytecie, postanowił skierować przeciwko złu, by odkupić jakoś swój los odszczepieńca, by udowodnić światu, że i on ma pokłady ludzkich uczuć, może płakać, cierpieć i tęsknić, i wtedy, kiedy bliski byłem rezygnacji, i kiedym padł na ring, na pysk, kiedym zęby zacisnął, gdzieś pośród publiki, gdzieś wysoko, w najwyższych sektorach trybun ujrzałem tę świetlistą postać, jej, która odwiedzała mnie dzień po dniu, gdym trenował pośród mokudżinów, otoczony obliczami Brusa Li, którego duch nawiedził mnie którejś nocy i powiedział, że walki należy unikać, kiedy jest to tylko możliwe, ale bywają i takie mroczne momenty, że należy zawalczyć, ujrzałem znów jasno i wyraźnie jak w telewizorze, i w takimż telewizyjnym zachwyceniu, iż sam mistrz Splinter, zmutowany szczur i mentor nastoletnich żółwi nindża, patrzy na mnie z narożnika, patrzy i wierzy, uniosłem się, powstałem, i otrzepałem z siebie kurz, i nie było już mowy, bym nie pomścił swego brata, któremu ów tajski pięściarz ciosem z kolana w kość ogonową złamał kregosłup na wieczność przykuwając go do łóżka inwalidzkiego, stałem na tym ringu, ringu mych powątpiewań i wiedziałem już, że oto gotowy jestem by wyprowadzić ostatnie mordercze kombo, po którym będzie już tylko radość i śmiech i muzyka z trąbami, z werblami. Zatem krzyżyk, kółko, dwa razy trójkąt, krzyżyk, palce śmigały po guzikach mentalnego dżojpada, i poszedł kombos jakiego świat nie widział, świetlisty, z gwiazdami, z podbijaniem przeciwnika, najpierw bomba w ryj, później podcięcie z wyrzuceniem gościa w powietrze, z bańki, chwyt, z kolanka w ryj, z bara, i balacha z rozbiegu na prawe ramię. Kejoł. Jułin. I wtedy twarze kumpli, pytające, jak to zrobiłem, jak osiągnąłem tak wielką sprawność, a ja że przypadkowo wciskałem guziki, na chama, i wynoszą mnie na ramiona po wygranej walce, jest tam też ona, co noc przychodziła patrzeć jak trenuję, by pomścić brata, choć scen erotycznych nie uwzględniono, od scen erotycznych są inne historie. Ona piękna, tak podobna do Epril Onil, fryzura z lat siedemdziesiątych, napuszona, twarda na głowie od lakieru, święta i czysta w świecie mutantów, nie skażona środkiem mutagennym co wyciekł z miejskich kanałów, rządowego świństwa, które na zawsze odmieniło żywot czterech nastolatków. Ona czysta i nieskażona, pozbawiona ponadnaturalnych talentów, lecz nie pozbawiona przymiotów osobowości, nadzwyczajnej hardości charakteru. Ona, ktora znakomicie dotrzymywałą kroku czterem bohaterom podczas ich niezliczonych przygód, znana reporterka skaj tiwi, której nie straszny był ni Szreder, ni Krank, ten różowy stwór umieszczony w brzuchu syntetycznego człowieka, znałem dobrze jej biografię, wiedziałem iż całe życie dawała przykład heroizmu, mógłbym dać dziesiątki przykładów, krótkich anegdotek o cudach jakich dokonała, o bezsprzecznych dowodach jej świętości, lecz nie musiałem, gdyż materiał dowodowy znajdował się w archiwach telewizji. Nie wiedzieć czemu Watykan milczał jak grób.
Kiedym właśnie wspomniał bohaterstwo Epril Onil, doszło do mnie, że i ja mogę. Chuj, poradzę sobie przecież, pomyślałem. Spojrzałem na Dawida. Słuchaj Dawid, powiedziałem, musimy mieć jakiś plan, musimy iść pokonać złych, oni mają jakiś nowy projekt, oni z pewnością wynaleźli ostatnio jakąś nową broń, albo udało im się pozyskać płyn z drzew rosnących jedynie na tych wyspach na Atlantyku, dzięki czemu mogą znakomicie rozmnożyć swoich żołnierzy, jeżeli do tego dopuścimy, ziemię zaleją setki takich potworów jak Bibop i Rokstedi i wtedy nic już nic nie uratuje świata, skoro nie my.
Dawid spojrzał na mnie niewesoło, milczał. Chciałem powiedzieć więcej, ale nie miałem punktów zaczepienia. Żadnych poszlak. Staliśmy w dwójkę w tym korytarzu z lekka zdezorientowani, na twarzy mej osiadł pył z kineskopu, teraz dopiero go poczułem, kiedy podrapałem się po policzku z lekkim zakłopotaniem i zostały mi resztki pod paznokciem. W sumie było to przezroczyste i niewidoczne, ale czułem jakieś ciało obce, coś mi tam pod tym paznokciem zostało i co to mogło być, jeśli nie pył z kineskopu. On w ogóle zdawał się wszystko pokrywać, teraz dostrzegłem, mimo że był przezroczysty, to ta próżnia jakoś tak rozproszyła się wokół i osiadła na wszystkim, na tych łydkach, które wciąż sterczały z półmroku nad naszymi głowami. Staliśmy zatem i powiedziałem doń wtedy w ten sposób: Czy ty widziałeś powrót do przyszłości, albo coś innego na tematy, to znaczy o podróżach w czasie, widziałeś? Wiesz o co tam chodzi, oni się cofają w jakieś jedno miejsce przeszłości, robią sobie takie odsejwowanie jak masz w kłejku. Gdybyśmy mogli to zrobić tak jak oni, a myślę że możemy, bo na wszystko tutaj sprzyja, aura sprzyja, to moglibyśmy, po prostu odnaleźć punkt newralgiczny i rozumiesz odmienić przyszłość w ten sposób, prościzna po prostu. Lołd game i znajdujesz się już tam i wtedy patrzysz uważnie, znajdujesz moment i przyszłość zmieniasz, przecież ten dziadek był zajebisty, ten z białym i piórami, czasem wystarczy wiesz przestawić szklankę, tak jest na filmach Roberta Zemekisa zawsze.
Czasem wiesz, wystarczy przestawić szklankę, nacisnąć kładkę, znaleźć przełącznik, i już przechodzisz dalej. Więc idziemy w kuchnię, i wchodzimy do niej, zadymiona jest, że nic nie widać, tylko tych ludzi, ale są porozmazywani, wszystko przez ten dym, w górze są one, oni tu, na dole, ale jakby spauzowani. Chodzę więc wokół, między wszystkimi, a oni tacy spowici gadają do siebie ukradkiem, cichuteńko. A Dawid stoi przy drzwiach jakby ich pilnował, żeby nikt nie wydostał się na zewnątrz, a przecież nikt nie ucieknie, bo dlaczego miałby uciekać. Tak chodzę, a dla nich to dziwne, że jestem tutaj jedyny niesiedzący, nieparzysty, w momencie, kiedy to tu się odbywa lądowanie i każdy winien mieć kolana gotowe na przyjęcie miednicy i zadu, bo moje stanie to zamach na bezpieczeństwo innej, odpowiadającej mi osoby płci żeńskiej, nie mogącej być teraz pewną swojego losu i bezpiecznego lądowania. A jest ono przecież tak bliskie, one wiszą jeszcze wysoko, ale to się tylko tak wydaje, że sobie tak wiszą, bo zaraz ruszą, minie kilka sekund i już tu będą, rozchichotane, pachnące i wyzwolone. Chodzę i wnet rzuca mi się w oczy obraz, wnet rzuca mi się w oczy poszlaka. Mikrofalówka stoi otwarta, jej grube, ale przecież lekkie drzwiczki uchylone, i jej malutkie wnętrze, obracany talerz z grubego szkła a na nim liszaje stopionego sera. Wodzę wzrokiem po stole, szukam winowajcy, bo spodziewam się już najgorszego. Przed Tytusem leży kawałek folii po sandłiczu, którego przyniósł tutaj ze spożywczego, wydawszy 2.50 złotych i którego, pamiętam jakby działo się to teraz, podgrzał w mikrofali, lecz podgrzał w sposób specyficzny, miałem zareagować, bo widziałem że nie czyni właściwie, ale jakoś zapomniałem, ktoś rozproszył moją uwagę, partnerka rozmowy zbytnio nachyliła się nade mną, zbytnio przybliżyła się do moje szyi, bym zareagował, bym pamiętał, że należy coś poczynić, wystarczyłoby by przecież wziąć ręcznik do naczyń, taką ścierkę i zakręcić nią kilka młynków w powietrzu dla rozproszenia niebezpiecznego promieniowania. Teraz było za późno, byliśmy już skażeni niebezpiecznym promieniowaniem, krzyknąłem: Tytusie, idioto przez ciebie skażeni zostaliśmy niebezpiecznym promieniowaniem, twoje idiotyczne zachowanie doprowadziło nas do stanu napromieniowania szkodliwym promieniowaniem, zrozum swój błąd i nie przepraszaj, i nie powiem popraw się, nie rób tego następnym razem, bo następnego razu już nie będzie , jesteśmy skończeni, już nic nas nie może uratować. I nie powiem do innych, nie róbcie jak Tytus, bo inni również z winy Tytusa polegną dziś w nocy. Nie przeczę jest w tym i moja wina, i ja dopuściłem się niedopatrzenia, nie ostrzegłem i nie zapobiegłem, choć widziałem, że nie obsługujesz właściwie mikrofalówki, będącej przecież urządzeniem pożytecznym, jeśli używać go zgodnie z przeznaczeniem. Widziałem jak wyciągasz rękę ku uchwytowi drzwiczek, w momencie, kiedy do zakończenia podgrzewania pozostało jeszcze ponad czterdzieści sekund, i wiedziałem, że otworzysz je, nie wyzerowawszy pokrętła, co spowoduje rozsianie w przestrzeni zarodków szkodliwego promieniowania, które trafiają na podatny grunt srebrnego pyłu kineskopowego, też zresztą niewidzialnego, i to później kiełkuje i obrasta nas jak pnącza, a my nic nie widzimy. Cóż pozostaje nam uczynić, czekajmy.
Długo nie musieliśmy czekać. Temperatura rosła z sekundy na sekundę i już wiedziałem, że to finał, tak to się kończy, nasza impreza się kończy w sposób wskazany, to znaczy że będzie hałas i będą wybuchy. I stoimy z Dawidem, mówimy sobie, my ocaleć musimy jesteśmy przecież bohaterowie, bohaterowie zawsze ocaleją. Zatem patrzymy w mięso co wisi nad nami, w mięso co przed nami siedzi, a gorąco nam już w okolicach wątrób, i ciepło rozprzestrzenia się, żyłami, mięśniami, po palce. Jesteśmy ugotowani, mówi Dawid, ale to przecież nie koniec. Ma rację Dawid, bo kiedy obserwuję mięso znajomych, widzę iż jest ono mięsem gotowym, ugotowanym, bialutkim, sięgam po dłoń Michała, który zamarł opierając się o framugę, szczypię i zrywam chropowatą skórkę, na której rozsiane napęczniałe cebulki włosów, smakuję tę skórkę, trochę jak kurczaczek, a Michał na mnie spogląda z lekka przerażony i wtedy oczy mu pękają jak temu gościowi z total rikol, jak tam wyszedł na powierzchnię Marsa. W głowach mamy popkorn, ale trzymamy się z Dawidem dzielnie, kolejne ziarenka strzelają i walą o ścianki czaszek, ale trzymamy się dzielnie powtarzam, w porównaniu do pozostałych przynajmniej. Dojrzałe, ugotowane kobiety spadają z nieba i lądują na kolanach facetów, trochę się przy tym rozwalają, odchodzi im od kości, tłuszcz wytapia się i ścieka po twarzach, ubrania nasiąkają a wokół unosi się zapach parówek. Parówki. Tak, parówki. Parówki, myślę sobie. Parówki. Łona kobiet pękają, pęknięcie zaczyna się nisko, w spodniach mężczyzn też pęka, i szramy pędzą aż po gardła, przy czym dźwięk jest taki, jakby wybuchała papierowa torba, albo po prostu parówka w mikrofali. Spulchnione mięso wyłazi na wierzch, rozrywa ubranie, i lada moment kuchnia pełna rozpierdolonych jest parówek. Źle się na to patrzy, nieapetyczny widok, tym bardziej jak ktoś wie z czego robi się parówki, a my z Dawidem wiemy z czego się je robi. Postanawiamy iść do pokoju obok i wtedy Dawid mówi mi całą prawdę.
To ja podszepnąłem mu, żeby otworzył mikrofalę jak mężczyzna, szybkim szarpnięciem nie czekając aż pokrętło się wyzeruje, bo kiedy tu szedłem widziałem niebieskie światło w zaułku za kiblami i widziałem jak parówki, które przybyły z innej czasoprzestrzeni by zabić cię, bo niedługo spłodzisz syna, który w przyszłości będzie przywódcą powstania przeciwko parówkom. Widziałem jak przebierają się za ludzi, by cię zmylić i to ja uratowałem przyszłość, byłeś pionkiem. A kiedy już usiedliśmy przy stoliku, zapytałem: Powiedz mi coś więcej, chcę wiedzieć więcej, chcę znać moją przyszłość, czy będę bogaty i szczęśliwy. Na co on odrzekł, nie mogę powiedzieć nic więcej, i tak wiesz już zbyt wiele, ty się już niczym nie przejmuj, idź i kopuluj. I wtedy właśnie tamten wpierdolił się oknem i powiedział: Wesoło tu macie skurwysyny. A nie widział jeszcze wszystkiego.
jesteście popierdoleni
Komentarz autor Axila — lipiec 31, 2007 @ 8:42 pm
jesteście pojebani
Komentarz autor Axila — lipiec 31, 2007 @ 8:43 pm
już z nimi nie trzymam
Komentarz autor p z — sierpień 1, 2007 @ 6:54 pm
pissda. ładnie.
Komentarz autor Annna — marzec 6, 2008 @ 11:17 pm