fabryka

maj 25, 2008

szukam portfel

Kategoria wpisu: txt — p z @ 5:29 pm

Portfel zgubiłem i trochę pieniędzy i wszystkie dokumenty. Ale ich też było tylko kilka. Zgubiłem go na trzeźwo. Wypada przecież zgubić portfel w czasie upojnej nocy, polując na żubry i tygrysy na cyryla, łowiąc pstrągi w fontannach na starym, w dusznych knajpach szukając skrzynki ze skarbem. Ale na trzeźwo? Przedpołudniem, w słońcu, gdzieś może w drodze ze sklepu? Banał.

Nie było w nim nic takiego, kilka dowodów, na to, że się urodziłem i że żywot pędzę: Poganiam przodem, kilka kroków przede mną, kopiąc w dupę raz po raz, kiedy włazi pod nogi. Teraz uciekł żywot. Jestem trupem wśród żywych trupów.

z
Applehead Factory Tofu the Vegan Zombie. Kup!

Nie ma portfela, nie ma dowodów rzeczowych. Znaleźliby trupa, nie wiedzieliby co z nim zrobić.
Mnie nie ma, nie nazywam się. Na imię? Na imię nie mam, rodzice umarli, znajomi nie poznają. Proszę spojrzeć w telefon. Ja w telefonie mam numery wymyślone, po trzy na każdą literę alfabetu. Przecież formalnie nie żyję. Przecież nie zajmuję formalnie miejsca w tramwaju i na ulicy. Ja formalnie nie zużywam waszych chodników. Pan Zwłoki.

Ostatnio leciał ‘Świt żywych trupów’. Wybitne kino. Bohaterowie mają autocelowanie. Nawet zdychający gość ciągnięty przez ciemny tunel strzela z dwóch gnatów naraz i za każdym razem zalicza headshota.

Ale nie to jest najlepsze w filmach o zombiakach i wymarłych miastach, ale oczywiście to, że można wejść wszędzie bez żadnych konsekwencji. Do wszystkich sklepów i tak dalej. Obeżreć się ulubionymi batonikami, aż wychodzi bokiem. Motyw znany i lubiany. U Romera była taka wyborna estetycznie scena, że sobie urządzają pokoik w supermarkecie. Była to chyba scena symboliczna. Sceny symboliczne mają to do siebie, że nie wiadomo, co o nich powiedzieć i nie pasują do reszty filmu.

Zgubienie portfela to też oczywiście scena symboliczna. Dlatego tak krążę. Możecie mi zazdrościć. Niepotrzebnie. Wcale nie mam ochoty na te pieprzone batoniki. Mam ochotę pójść zupełnie gdzie indziej. I portfel nie ma tutaj nic do rzeczy.

maj 14, 2008

snerg

Kategoria wpisu: książki — p z @ 12:02 przed południem

Widzicie, wydali Snerga na poważnie. Tak, że aż wstyd czytać takie coś w tramwaju, żeby nie dostać po mordzie.

robot

Książkę nabyłem w wydaniu kamuflażowym, tandetnym, w zamierzchłych czasach, kiedy czytałem wyłącznie fantastykę. Wtedy jej nie zdzierżyłem. Dwa razy próbowałem i dwukrotnie spasowałem przy rozdziale o pokoju cieni. No i ostatnio te dwa razy nadrobiłem, bo próbuję dzięki temu zostać wyżej wykształcony (pomyślci o ruchach nakręcanego bączka). Ale zwalniałem w tym samym miejscu.

Jest to wielka książka. Uwielbiam ją. Nienawidzę jej.

Zarzuty mogę wymienić jednym tchem: Szczególny rodzaj doskonałości: doskonałość do zarzygania zimna, odpychająca, irytująca. Tak sobie myślę, że to może specyfika prozy obsesyjnej. Proza obsesyjna ma pewne wady konieczne. Narracja Snerga męczy. Postaci nie posiadają właściwie jakichkolwiek cech. Chodzące manekiny. Można to jakoś wytłumaczyć w końcu to roboty, a książka jest transmisją z alienacji. Ale równocześnie jest to niemoc – konieczna oczywiście. Szczegółowe opisy usytuowania przedmiotów w przestrzeni, precyzyjny opis operacji dokonywanych na tychże przedmiotach, żmudne obliczenia przeprowadzane przez bohatera, rozwlekłe opisy chwili obecnej i towarzyszące im dywagacje, tłumaczące działania bohatera, niechęć do lakoniczności i opętańcze wręcz wypisywanie wszystkiego co wyświetla się na siatkówce oka – to nie wszystkie uchybienia, z które chce się książką rzucać.

Ale zarazem jest to tekst zagnieżdżający się pod czaszką. Po pierwsze – wiara faceta w stworzoną przezeń Teorię Nadistot i jej oryginalność. Wiele (ton wywiadów przed wszystkim) wskazuje na to, że w nią wierzył, a w każdym razie traktował poważnie. Pomysł na ‘miasto relatywistyczne’. Wyobraźcie sobie niby-zatopione miasto w którym trzy godziny waszego czasu to sekunda czasu jego mieszkańców. Wyobraźcie sobie, że to wasza przeszłość. Być może wasza. Wyobraźcie sobie, że jesteście robotem, bywającym człowiekiem. Choć dopuszczacie również możliwość, wszczepienia waszej jaźni w obce ciało. Że nie możecie przestać myśleć o Mechanizmie. Że są niematerialne istoty, które żywią się naszymi umysłami, jak my żywimy się mięsem, a rośliny minerałami. Że miasto zostało wyrwane wraz ze schronem,w którym miotacie się w kleszczach jakiejś absurdalnie zawikłanej i niezrozumiałej intrygi, gubiąc się w labiryntach korytarzy, labiryntach zdań i labiryntach swoich domniemań i fizycznych przeliczeń; i że wraz z tym miastem zmierzacie na stół operacyjny kosmitów. Wiecie, że wszystko jest zapisane w górze, macie na to dowody wynikające z kwantowej teorii czasu, ale do końca macie też przecież wrażenie, że sami sterujecie swoim losem. Wyobraźcie sobie w końcu odłączenie umysłu od ciała, jako skutek ewolucji i masowej konsumpcji zarazem. Jak widać - żonglerka motywami sci-fi, ale bez żadnej zabawowości. Wszystko ułożone w spójną, paranoiczną (ale uniwersalnie, wręcz metafizycznie, a nie, że ‘oni chcą mnie zabić’) wizję rzeczywistości, której się na moment zawierza. I wiele więcej.

Jak dla mnie Snerg byłby pisarzem z potencjałem kultowości, postacią i osobliwością, materiałem na bożyszcze dziwaków. Nie będzie, bo czyta się go źle. Widziano w nim drugiego Lema, ale pomylono się. ‘Według łotra’ i ‘Nagi cel’ to książki podobne – męczące, ale robiące kuku. Dużo, dużo słabiej jednakowoż. Przy ‘Arce’ odpuściłem, krzyczałem, chciałem skreślać, ale wrócę. Wygląda na to, że gość stopniowo zjeżdżał po równi pochyłej, fiksował, skończył odrzuconym przez gremia naukowe dziełkiem, tłumaczącym WSZYSTKO, a później w ogóle to wszystko skończył i się powiesił. Znowu. Później mu jeszcze wyciągali z szuflady.

maj 9, 2008

inside

Kategoria wpisu: filmy — p z @ 12:42 przed południem

No tak, żartowaliśmy sobie tutaj z przemocy. ‘Inside’, obejrzany z polecenia Łukasza Orbitowskiego to już nie jest kino, do którego podchodzimy rozrywkowo. Jak podchodzimy, to niedobrze. Chyba, że w samoobronie. Strach, który się tutaj serwuje równa się wypadkowa bicia w najczulsze punkty, sprawy o których się dla spokoju nie myśli. Taki strach płakano-błagający, bym rzekł. A wynika on ze strachu mniej niecodziennego, jeno się w tej głównej psychopatce ziszcza, więc film wywołuje autentyczną litość, trwogę, bunt i cierpienie. Wszystkie cztery naliczyłem. Ostrzegam - jak ktoś chce to obejrzeć – to jest to kino transgresyjne pełną gębą. Jeśli taki zlepek jak’rozwój przez szok’ jest dla was dorabianiem ideologii, to sobie darujcie. Ja tam myślę się czegoś o sobie dowiedziałem. Jakiś czas temu widziałem i wciąż trzyma.

maj 2, 2008

motel piekiełko

Kategoria wpisu: txt — p z @ 2:16 przed południem

Mniej więcej rok temu skończyłem pisać ‘Motel Piekiełko’. Po kilku miesiącach wysłałem to do kilku wydawnictw. Dwa odpowiedziały, zdawało się nawet, że troszkę poważnie. Później zdawać się przestało i kontakt się urwał. Jeśli chodzi o urywanie kontaktów, wolę kiedy ktoś mówi idź sobie i wtedy sobie idę. One, te Wydawnictwa, nie powiedziały idź sobie i nie idź też. Postanowiłem więc wrzucić to na bloga w kawałkach. Czynię to z wielkim spokojem i bez większego niż zwykle poczucia klęski, bo tekstu nie cierpię. Nie dlatego, żebym uważał, że jest najgorszy. Gorsze czytałem. Lepszych więcej. Mam go po prostu dosyć. Poza tym jest odległy od tego, co bym chciał pisać dzisiaj. Choć momenty są. Trochę się przy nim nauczyłem. Liczę na to. Też uważam, że to jest be, że ci grafomani tak wszystko wrzucają do tego internetu, ale dajcie żyć. Potraktujcie to jako bloga w starym dobrym stylu, kiedy człowiek się nie pilnował i jechał po bandzie frazą zbyt nabrzmiałą. Bo i tak to było pisane, trochę za bardzo z kiszek, za mało z mózgu. Słowem – wszelkie uchybienia poronionego debiutu i wszelkie jego wątpliwe zalety. Dodaj brak normalnej redakcji. Ale może to komuś sprawi przyjemność. Nawet tę grzeszną. Co będę kłamał, gdybym w to nie wierzył – nie wklejałbym. Więc tu: ‘Motel Piekiełko’. Po kawałku, prawie codziennie.

kwiecień 27, 2008

oni

Kategoria wpisu: filmy — p z @ 6:13 pm

I dalej w temacie straszydełek. ‘Ils’jest filmem, który udowadnia, że aby pobudzić metabolizm, czyli spowodować stan zwany ‘kilo w gaciach’ potrzeba całkiem niewiele. Wystarczy domek, kilka zakapturzonych postaci, złośliwa ruchliwa kamera, mrok, latarki, trochę dziwnych dźwięków (dużo frajdy czerpie się z domysłów na temat pochodzenia jednego z nich). No i Państwo Pozytywni budzący szczerą sympatię, a nie banda debili wyciągnięta z podobno rozrywkowych programów na MTV. Dodaj rzemieślniczą perfekcję i masz ty gotowego survivala bieganego w najlepszym stylu. Napastnicy na początku przypominają jakieś ufo albo inne demony, a kiedy w finale okazuje się, że zagrożenie jest całkiem realne, jesteśmy miło zaskoczeni. Mimo, że uprzedzono wcześniej, że historię oparto na autentycznych wydarzeniach. Oczywiście, można się zastanawiać, czy owi tajemniczy napastnicy mają prawo wykazywać się zorganizowaniem godnym oddziału SWAT. Ale tłumaczę to sobie subiektywną perspektywą, w tym sensie, że to bohaterowie nakręcają się sami, tak jak widz się nakręca. Strach jest w głowie. Co do tego oparcia na faktach. Wiadomo jak z tym bywa. Albo zupełna ściema, albo najwyżej absurdalnie podkonfabulowana notka prasowa. Ale podobne rzeczy się dzieją, a ty się dobrze bawisz, pomyśl. ‘Ils’ nie powoduje skurczów, krzyków i podrygów, jak chociażby wspomniany ‘[Rec]‘, żadnych efektów typu internetowe screamery - wyciszenie, atak na oczy, wyciszenie, znowu atak. Raczej stan ciągłego, równomiernego napięcia, klimat osaczenia i przerażająca pustka, przeciągająca się nieobecność napastnika. Ale w związku, z tym-co-się-okazuje, jest szansa, że woń kupki w majtach powróci podczas jakiegoś spaceru po mniej uczęszczanych okolicach. Tylko trzeba się dać oszukać.

« Nowsze PostyStarsze wpisy »

Blog at WordPress.com.