‘bestseller raz’
‘bestseller raz’
1.
Marta urodzona w roku 1974, zbliżała się do przekroczenia granicy - magicznej! - lat trzydziestu, co powodowało u niej uzasadnioną frustrację. Ostatnio zauważyła na swojej twarzy zmarszczkę, pierwszą zmarszczkę, pierwszą prawdziwą zmarszczkę, niczym zagniecenie lnianej materii, wąwóz cieniem zasnuty, co gorsza w okolicach ust, które Marta zwykła uważać za najpiękniejszą część swojego ciała.
Zjawisko takie każdą osobę wrażliwą i ze skłonnościami pobudziłoby do zadumy nad upływem czasu, w przeciwieństwie do kabotyńskiego erudyty, który natychmiast przywołałby Villona. Szczęśliwie Marta była raczej osobą wrażliwą i ze skłonnościami, niźli kabotyńskim erudytą, choć odznaczała się także umiłowaniem słów, jak cała ona pozbawionym wszelkiej pretensji. Myśli swoje publikowała w Internecie, na blogu, z którym łączyło ją niezmiernie przywiązanie, bo przecież stanowił część jej życia, a poza tym wpisywali się tam różni podli ludzie, nieprzychylni jej samej, jak i jej udanemu związkowi z Pysiem. Pisali, że jest próżna, niemądra i upośledzona, używali wulgaryzmów. Trzeba było kasować te komentarze, ma prawo, jej blog, do cholery. Zatem w intymności elektronicznego dziennika zapytywała: “I co teraz? Botox? Co można z tym fantem zrobić? W kremy przeciwzmarszczkowe nie wierzę, bo od pół roku używam podobno dość dobrego specyfiku do tych właśnie zadań”. Zapytywała i było jej jakby lżej, bo uświadamia ła sobie, że to wszystko nieważne, że Pysio i tak ją kocha, bo zawsze będzie kochał, od kiedy porobili sobie zdjęcia ślubne z fortepianem na środku stepu pod wzburzonym niebem, czarno-białe, z wynajętym rolss-roycem model Silver Cloud II z szalonych lat sześćdziesiątych, choć tanie to nie było, to ona nie ma już wątpliwości, że on jej nie przestanie kochać. Ale to przecież nie jest takie jednostronne. Na przykład kiedy umierał tata Pysia, obdarzała swojego męża całą temperaturą serca, wiele nie mówiła, a znacząco milczała i była z nim cały czas, jak również pisała do Internetu, że szuka dobrego onkologa od płuc i oskrzeli. Tak i on wspierał ją podczas ciąży, pomógł podjąć decyzję o cesarce jak i później o spirali, żeby nie czuła się podówczas opuszczona i samotna.
2.
Pysio pracował w bazach danych, a dokładnie w SQL - u robił. Dużo czasu spędzał w firmie. Czasem wracał tak późno, że już spała, wychodził zaś tak wcześnie, że spała jeszcze. Był to czas dla nich trudny, lecz rozumiała, że projekty trzeba zamykać na czas, a i nie był Pysio tak dobrze ustawiony w firmie by komukolwiek podskakiwać, i że robił to dla nich trojga, na przyszłość tak się poświęcał, ku lepszemu. Więc siedziała w domu projektowała koszulki, torebki, kubeczki, ponieważ zawodowo chciała związać się z designerstwem. I sprzedawała to wszystko za pośrednictwem Internetu, dzisiaj wszyscy używają ogólnoświatowej sieci komputerowej Internet, wszyscy wysyłają esemesy, piszą mejle, ponieważ przeżywamy pewien rodzaj rewolucji, która ma wpływ na wszystko, kulturę i życie codzienne, więc trzeba iść z duchem czasu, więc i oni szli i każdy grosz co im został wkładali w ten jej sklepik. Niby wszystko było dobrze, niby mieli szczęście i dobry seks. Czasami jeszcze robili to przy świetle, kiedy nie miała nic na twarzy, żadnych przebarwień, ani pryszczy, to wtedy pozwalała Pysiowi, żeby patrzył jak jej skaczą piersi, bo lubił, choć jej samej zdawało się, że jędrność nie ta sama, że ostatnimi czasy jakoś obwisły. A czyste oczy Pysia błądziły po ścianach pokoju, po niewymiecionych kątach i jakby karciły ją raz po raz złym smagnięciem, że tu brudno, że tam w ogóle ścierką nietknięte od dwóch tygodni. I nawet kiedy rozpaczliwie dochodziła, tak nad nim eksplodując z całych sił, a w mózgu jej błyskał stroboskop powątpiewań, dochodziła zarazem do wniosku, że nie zadowala męża światło jej pochwy, iż zbyt dlań obszerną jest, mimo cesarki i regularnych ćwiczeń zgodnych z doktryną Kegla. Zaszłość opisywała czytelnikowi śmiałymi słowy.
3.
Dzień był słoneczny, bardzo seksownie jadła loda i szła pasażem, przecież może sobie czasem pozwolić na odrobinę szaleństwa w tym uporządkowanym świecie, pojeść loda i pojeździć wózkiem po pasażu, podpatrzeć jakieś ciekawe rozwiązania we współczesnym wzornictwie konkurencji, nie żyjemy w dziewiętnastym wieku, żeby nie mogła. I pchała wózek z Kubą, a Kuba rozglądał się wokół z zainteresowaniem, w tej swojej czapeczce z uszkami, słodziasek, nasz z Pysiem cukiereczek, dzisiaj się rano wymoczył niemożebnie na nauce pływania, potem przespał, a teraz taki różowy. Wtem poczuła się wrażliwa na wszystko, że prawie pękła. Popatrzyła na te witryny sklepowe, a tam za tymi witrynami, za ladami - same szatany z rogami, trzema cycami wywalonymi z dekoltów, ubrane w ciuchy ze swoich firm i wciskają klientom do gardeł te wszystkie ubrania, sandwiche, hamburgery, w ogóle halucynacja i straszne to wszystko, oblicza pokryte gruzłami i karbunkułami nabiegłymi cuchnącą a gorącą żółcią, taka apokalipsa, ludzie robią zakupy. Marta tutaj doświadcza jakiegoś przedawkowania, wszystko ją boli bólem wibrującym i reumatycznie pulsującym. Snuje się w malignie, mdleje co chwila i podnosi się znów i znowu mdleje, rzyga, bo jest osobą wrażliwą i niegłupią, dostrzega zło konsumeryzmu i uwikłanie jednostki. Wtem zauważa gdzieś dziewczynę w butach takich, jakie i ona dzisiaj włożyła, choć miała rzecz jasna więcej par do wyboru, bo nie da się ukryć, że buty to jej wielka słabość, co się dziwić, każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma. Zaczyna się szaleńcza zabawa w chowanego, gdyż nikt nijak nie powinien ujrzeć ich w tym samym kadrze, w takich samych butach, i jest bieganie, wyskoki, fantasmagorie są. Przypominają się Marcie lektury z wanny, bo lubi czasem do aromatycznej kąpieli, a ulubiony jej zapach mandarynka, wziąć dobrą książkę polecaną przez przyjaciół z gadu-gadu, posłuchać smooth jazzu i zanurzyć się w wodzie oraz ciekawej i interesującej lekturze. I się jej przypomina ta książka, i myśli do siebie o literaturze: “Tak to prawda, rację ma ten facet, chociaż momentami jednak trochę za duże schizy były i wulgaryzmy. Poza tym wolę jak w książce jest trochę więcej uczuć, więcej o ludzkich emocjach, o tej najważniejszej sferze naszego życia.” Wtem tok myśli Marty zostaje przerwany, bo dostrzega swojego ukochanego Misia-Pysia za szybą fast-fooda � takiego bardziej porządnego fast-fooda, w stylu zen, że mają i niezłą kawę i deser - jak zajada swój lunch, nuggetsy i sałatkę z łososiem i nic nie widzi, w sensie że nie widzi jej. I jego wygolony kolega siedzi obok i również zajada, lecz nie nuggetsy, a nachosy, i również sałatkę, lecz grecką. I ten jego kolega nie daje nawet czasu, by Marta mogła się ucieszyć z przypadkowego spotkania, by się jej motylki w brzuszku rozprzestrzeniły, bo zaraz wkłada Pysiowi język głęboko tak, gwałtem, aż zdaje się jej, że będzie na wylot. I dłubie mu tam i gmera, acz szybko przestaje, bo ludzie się patrzą. Ale Pysio wyraźnie kontent, już jest cały w środku wyściełany różowym pluszem. Nigdy Marta nie miała nic przeciwko gejom, bo to przecież nie jej sprawa co dorośli ludzie ze sobą robią w łóżku, poza tym w jej branży wielu ludzi to geje i wcale to w niczym nigdy nikomu nie przeszkadzało. Lecz zdrada była dla niej nie do pomyślenia, więc przeżyła to bardzo. Cierpiała, ale musiała być twarda, nie mogła się poddać, choć życie jej nie rozpieszczało. Mimo bólu zatrudniła prywatnego detektywa, który zbierał dowody, a czytelnik mógł dzięki temu poczytać sobie jakieś szczegóły.
4.
Marta przedstawiła dowody swojemu mężowi, urządziła mu z tej okazji slide � show z cateringiem. Pysio nie był zdziwiony, już wcześniej wiedział, że ona wie. Zresztą miał wtedy kryzys. Doktor postawił diagnozę, że to depresja, i że nie ma się czego wstydzić. Zgodnie z nią Pysio całymi dniami leżał nago na łóżku, patrzył w sufit i niczego się nie wstydził. Starał się nie używać psychotropów, bo niezdrowe i wolno działają, rozpędzają się z miesiąca na miesiąc, do tego czasu to może mu się poprawić samo z siebie. Próbował zająć się czymś, co przypominało mu lepsze czasy, jak kiedyś przejść Duke’a 3D na poziomie Damn I’m Good w ciągu jednej nocy. Dostawał jednak po dupie i miał już dostawać po kres żywota.
Ona wzięła dziecko i odjechała do matki, a później dalej - w Góry Skaliste. Tam szukała objawienia i nowej drogi życiowej, wychowywała syna ze starym mężczyzną, mędrcem Czejenów, z którym łączyła ją miłość pozbawiona aspektu zmysłowego, a który przywędrował tu z Krainy Wielkich Jezior, ponieważ miał pecha do kobiet. Mędrzec umarł przepięknie i z etosem, zostawiając po sobie pamiętnik, który całe życie był dla Marty Księgą najpierwotniejszą i najbardziej fundamentalną (cytaty na początku rozdziałów pochodzą właśnie z niego).
Kuba wyrósł na pięknego chłopca, miał swoje inicjacje, brał twarde narkotyki, rozbijał się na całej długości Route 66, lecz w końcu wyszedł z tego wszystkiego mądrzejszy. Matka jego odbyła samotną podróż w poszukiwaniu sensu, aż gdzieś pośród wzgórz Nowej Anglii uznała, że trzeba w życiu posłuchać głosu serca i szemrania strumieni podziemnych wszechświata, mówiących w języku, który zrozumiemy i my, jeśli będziemy czynić to co jest dla nas dobre, nie krzywdząc bliźnich, i ty czytelniku powinieneś tak zrobić, powinieneś otworzyć umysł i znaleźć to, co dla ciebie najważniejsze, gdyż tylko to jest prawdą, co serce ci powie. Po tym objawieniu wróciła do kraju rodzinnego, gdzie jakoś się ułożyło. Zaciągnęła korzystny kredyt w obcej walucie i założyła firmę dystrybuującą poduszeczki do szpilek i radełka, by stać się drugim Wokulskim, bohaterką drugiej Lalki i zaspokoić narodowy głód powieści realistycznej, za sprawą wydania szesnastu tomów skrupulatnych opisów międzynarodowych interesów na świeżym rynku ukraińskim oraz nieudanych umizgów do młodego, prężnego pracownika agencji reklamowej. Dobra sytuacja materialna pozwoliła jej pisać książki o profilu z lekka feministycznym i nie mieć do nikogo pretensji jako postać szanowana i znana, posiadająca dom nad usypanym na zamówienie klifem i kamienicę przy Nowym Świecie. Kuba wrócił nieco później. Chciał być samodzielny, nie brać niczego od matki, zatrudnił się więc w firmie ochroniarskiej Skorpion, sprzedawał sterydy judokom z ligi studenckiej, zdecydowanie zbyt często zmieniał kobiety, ale w końcu się ustatkował i uważał, że najważniejsze to znaleźć dziecku jakieś zajęcie, żeby nie stało pod blokiem.
Pysiowi depresja nigdy nie przeszła i w końcu zginął w wypadku samochodowym u wjazdu do małej miejscowości w Krakowskiem. Śmierć nastąpiła na skutek przebicia słupem, do którego przytwierdzono tablicę informującą o “czarnym punkcie”. Znudzeni autochtoni nie wykazali najmniejszego zainteresowania. Kiedy umierał, a trwało to długo i bolało jak powinno, oczyma duszy ujrzał Martę opromienioną aureolą blasku i błagał ją o litość. Jak również bardzo żałował zmarnowanej przez zdradę szansy. Ta zaś przebaczyła mu.
Pogrzeb Pysia to finał pierwszej części. Akurat padało, krople deszczu drobiły o membrany parasoli niczym zapowiedź nadchodzącego końca, toteż Marta poznała tajemniczego mężczyznę w płaszczu. Wymienili się numerami.
Tutaj książka się kończy, ale będą następne części, gdzie Marta w końcu się puści, co zostaje zagwarantowane na czwartej stronie okładki. I również potężnym drukiem będzie. Będzie wrażenie, że przeczytało się 300 stron w jeden wieczór.