fabryka

lovesongs #2 ’solucja’

Track#: 2
Title: solucja
Artist: unknown
Album: lovesongs
Genre: krautrock
Year: unknown

Comment: To ostatni tekst, jaki napisałem dla tego pisma. W wyniku wewnątrzredakcyjnej zmowy kolesi, spisku zawiązanego przez pięciu dwulicowych redaktorów, którzy często chodzili razem do pubów i dyskotek, został odrzucony. Po krótkiej, ale bardzo agresywnej wymianie zdań z kolegium redakcyjnym wspólnie doszliśmy do wniosku, że dalsza współpraca nie jest możliwa. Złożyłem dymisję. Przyjęto ją z ulgą. Zwolnioną synekurę nadwornego specjalisty od gier przygodowych dostał jakiś niebywale żałosny analfabeta z rodziny sekretarza redakcji. Ja zaś zająłem się sprawami o wiele poważniejszymi, o których nie warto tu pisać. Teraz publikuję to z żalu i dlatego, że można.

1.

Zaczynasz w pustym pokoju hotelowym. Na pościeli jest odcisk kobiety jak skamielina. Obejrzyj go. Marek opowie, co pamięta z tej nocy. Jak widzisz, poza pępkiem - niewiele. Przyjrzyj się też szafce nocnej. Jest tam kartka. Na niej nr telefonu i odcisk ust. Oczywiście ust z tej nocy nie pamiętasz, więc nie możesz stwierdzić czy to usta kobiety, do której należy pępek. Możesz jednak podejrzewać. Wysłuchaj opowieści Marka o wszystkich ustach, jakie sobie przypomina i przyzwyczaj się, że lubi takie rozwlekłe narracje i będzie dużo opowiadał o swoim bogatym życiu wewnętrznym. W ostateczności możesz to wyłączyć w opcjach.

Kartkę weź ze sobą. Z lampy na szafce wykręć żarówkę. W pościeli znajdziesz spinkę. Otwórz nią zamek w szufladzie. W środku znajdziesz paczkę prezerwatyw. Pod materacem łóżka jest sprężyna. Połącz sprężynę, prezerwatywy i żarówkę. Masz procę. Otwórz okno. Napnij gumę, poczuj, zapach i ponownie wysłuchaj Marka, jak opowiada. Ta żarówka, którą teraz wystrzeliłeś, będzie miała zasadnicze znaczenie dla przyszłych wydarzeń.

Marek jest naturą chwiejną i zapewne teraz przestanie reagować na twoje kliknięcia. Przysiądzie na krawędzi łóżka, schowa głowę w dłoniach i coś tam będzie mruczał. Na szczęście szybko się ogarnie i będziesz mógł przejść do łazienki i stanąć przed lustrem. Tam znajdziesz dwie szczoteczki do zębów, pastę, mydło, ręczniki i wykałaczki. Weź mydło i szczotkę. Połącz je. Umyj zęby, nie zapominając o zakorkowaniu umywalki. Obejrzyj wymioty. Znajdziesz tam małe porcelanowe serduszko. Wysłuchaj historii z nim związanej i obejrzyj filmik. Schowaj serduszko do kieszeni. Być może przyda się wkrótce. Teraz obejrzyj wannę, przyjrzyj się dokładnie. Z otworu odpływu wyłazi karaluch, malutkie karaczaniątko. Drobi nóżkami i zmierza ku twoim wymiotom, będzie zajadać się nimi łapczywie. Odczekaj chwilę, aż zrobi się ociężały - chyba że lubisz trudne gry zręcznościowe. Jeżeli odczekasz kilka minut (zrób sobie kanapkę) - insekt będzie tak obżarty, że nabicie go na spinkę stanie się dziecinnie łatwe. Zdobycz połóż na półeczce przed lustrem - tam jest dobre światło. Czas na operację. Szpilkę wbij tuż po gardłem i trzymając lewy przycisk myszy pociągnij w dół. Nadgryzionym lekko paznokciem wydłubuj miąższ i połykaj kolejne porcyjki. Masz też do wyboru wytarcie w spodnie, ale wtedy nie doświadczysz bardzo ciekawych efektów graficznych. Połykaj więc. Koniuszkiem języka wyczyść trupka. Tak przygotowany kombinezon połóż z powrotem do wanny. Teraz Marek rozbierze się, wejdzie do wanny, po czym przebierze się za karalucha, wciąż recytując duże fragmenty Przemiany Kafki w oryginale. Nie zapominajmy, że nasz bohater literaturą interesował się od zawsze. Pewnie dlatego tak trudno czasem nam go znieść. Nieważne. Wejdź w otwór odpływowy, popularny gulik. Pierwszy poziom za tobą.

2.

Zauważ, że nie masz ze sobą rzeczy, które zbierałeś pokonując poprzednią lokację, a których jeszcze nie wykorzystałeś. Gdybyś ich jednak nie zebrał, nie miałbyś szans na przedostanie się do drugiego poziomu - Marek po prostu nie przebrałby się za robaka. To ciekawe. Więcej, fundamentalne nawet. Ponieważ jest to tylko opis przejścia nie będę wiele tłumaczył, by zostawić ci choć trochę przyjemności z rozgrywki. To chyba jedna z najtrudniejszych zagadek tej produkcji - jeśli nie grzech zaniechania scenarzystów. Takie incydenty będą zdarzały się o wiele częściej, będziesz znajdował przedmioty, które nie posiadają nawet tej jednej, jedynej funkcji. Przedmioty ślepe linki, pustostany, same tylko skupiska pikseli. A kolejne zaciekłe próby będą cię upewniać, że nie można ich do niczego przyłączyć, z niczym zewrzeć, można je tylko schować do przepastnej kieszeni w której mieści się już połowa umeblowania kuchni i nosić ze sobą do czasu, kiedy fabuła znów wymusi pozbycie się ich wraz z ubraniem.

Po długim błądzeniu w labiryntach rur zostajesz w końcu wylany kranem. Niesie cię strumień gorącej wody. Lądujesz w czarce z dłoni, po czym słyszysz kobiecy krzyk, i mkniesz przez całą łazienkę pośród kropel srebrzystych jak rtęć, błyskając chitynowym ubrankiem, prosto w ranek. Przecinasz pas światła z tym jego roziskrzonym planktonem i lądujesz w koszu na brudy. Bose stopy na wilgotnych płytkach, trzaśnięcie drzwi. Możesz się przebrać. Dżinsy, majtki, koszulka.

Zaczynasz od nowa. Podejdź do drzwi i spójrz przez dziurkę od klucza. Widzisz tę kobietę nago, tyłem do ciebie, przodem do rażącego okna. Skóra przechwytuje niektóre promienie i trawi je, a niektóre ślizgają się po gładkim i spływają w dziurkę od klucza, na dnie której jest twoje oko. One lekko się pochyla, sięga po krawędź kołdry z zamiarem zaścielenia łóżka. Widzisz ją nieruchomą i wyczuwasz w niej chęć ruchu, te wpisane w plamy barw napięcia i rozluźnienia mięśni, ukryte pod kolejnymi warstwami farby. Widzisz ją na ekranie o obojętnej temperaturze, zeskanowaną i poszatkowaną w drobnicę. Jeśli zechcesz odejść, by zająć się rozwiązywaniem zagadek łazienki, ona wciąż będzie tam czekała, wciąż w tej samej pozycji, jej palce będą czekały tak blisko kołdry, że to pomiędzy to już nie powietrze, ale nie ciało i nie materiał.

Odwróć się. Rozejrzyj się po tej nieskazitelnie czystej łazience. Białe kafelki, srebrzyste baterie. Flakony, buteleczki, puzderka - mnóstwo. Teraz musisz sporządzić odpowiednią mieszaninę i umieścić ją w kubku do mycia zębów. Weź więc kubek (Szczoteczkę zachowaj na później - to jedna z tych niespełnionych obietnic. Bierzesz ze sobą szczoteczkę, licząc na nocleg gdzieś w obcym mieszkaniu). Teraz dodaj do niego następujące składniki (kolejność dowolna): Vichy płyn milcelarny, Dermedic - Hydrain 2 - krem nawilżający, La Roche Posay - Hydraphase - tonik, SVR Laboratories Lysanel Activ, Aquolina peelingujący żel pod prysznic o zapachu kawy, CHANEL Le Caryon Yeux, w kolorze Brun Maghenta - śliwka lekko złamana brązem, L - KARNITYNA (1 tabletka), Eveline 3D Slim ExtremeWyszczuplający żel peeling, chusteczka do higieny intymnej Nivea Intimo, cień Guerlaian Ombre Eclat Divinora Radiant Colour w kolorze Rose Metal, czekoladowy aktywator do opalania Exclusive Bronze Shoco Choco 100 ml, krem pielęgnacyjny do paznokci Gehwol med, tonik lotion Jacques’a Andhrela, tampon Bella. Poczekaj aż całość stężeje. Wyciągnij zawartość za sznureczek tamponu. W pobliżu świec aromatycznych znajdziesz zapalniczkę. Z ręcznika zrób sobie turban (po prostu użyj ręcznika na postaci Marka). Sznurem od szlafroka przywiąż sobie bombę do piersi i bez zastanowienia wtargnij do pokoju z kobietą.

3.

Teraz krótki filmik. Usiądź wygodnie, zasłużyłeś sobie. W każdej chwili możesz przerwać go spacją.

Szedłem przez te przedmioty, oglądałem, łączyłem je, A plus B plus C się równało, wprowadzałem nimi w ruch kolejne animowane przerywniki, scenki humorystyczne, rzucało mną w kolejnych skeczach. Wszelki ruch ma tutaj dziwaczną, sfalsyfikowaną dramaturgię, taką samą zresztą jak dramaturgia patrzenia, słuchania, oddechu. Każdy wielogodzinny marsz i mrugnięcie powieką, jest tak samo zbudowanym dramatem. Kiedy zmienia się obraz, jedno wchodzi na miejsce drugiego, następuje walka czasu z czasem. Starcie teraźniejszego z przyszłym, ostatecznie - po rozwiązaniu wszystkich zagadek - będących przecież jednym i tym samym i dlatego walczących ze sobą w sposób tak mało tragiczny, tylko pozorowany. Być może dlatego, że ta przyszłość i tak już była. Była - skoro ta solucja jest tutaj i przeglądając ją szybko w podglądzie wydruku, kiedy litery robią się szare - wygląda na pełną i domknięta. Całość to tylko slideshow, linia nieruchomych obrazów, między którymi trzeba się przedrapywać, by te kilka pikseli mogło zmienić barwę.

Odkrywałem tajemnice scenografii, łączyłem elementy, by kobieta ścieląca łóżko mogła mnie teraz zobaczyć, jak wpadam tu, przebrany za terrorystę, bo przecież nie zauważyłaby mnie, gdybym wszedł nie przebrany za nic, wciąż stałaby w miejscu, każdy piksel ciała przypisany miejscu na współrzędnej XY . Stoję tu, zadowolony z siebie, jakbym rozwiązał miliony zagadek, przebył dziesiątki lokacji. Odgrywam ten spieszny prowizoryczny finał, ten falstart, gdzieś na początku drogi do celu, daleko przed outrem, dla którego każdy przecież gra. Odbieram sobie ten cel, możliwość obejrzenia wszystkich screenshotów z pisma komputerowego na moim ekranie, wyzwalam się, bo na tamtych screenach już nie ma kobiety ścielącej łóżko, a w zamian fabuły lokalne. I w ich konstelacjach będę się obracał, bo mam świadomość, że to wyzwolenie jest tylko pozorem, w nich będę spotykał inne postacie i prowadził dialogi, wybierał jedną z trzech, czterech, maksymalnie pięciu dostępnych odpowiedzi. I będę już tylko posłusznie wędrował od punktu A do punktu B, snuł się po planszy zgodnie z solucją, zupełnie powolny wskazaniom niewidzialnej ręki i amorficznego kursora.

Wykradam przedmioty, by stały się takie, jakimi były nim ocknąłem się w pokoju. Biorę na przykład ten kubek, w którym sporządziłem bombę i mogę już nalać do niego wody, napić się. Nie muszę już służyć oryginalności scenariusza.

Wybuchu nie było, a jednak coś przetrąciło kod, który wulgarna wyobraźnia widzi jako rzędy zer i jedynek, choć z pewnością wygląda on zupełnie inaczej. Coś więc go przetrąciło, chciałbym wiedzieć, że coś spomiędzy mnie a kobiety ścielącej łóżko, coś co jest skutkiem moich działań. Mogę podchodzić do kolejnych przedmiotów, napełniać przepastną kieszeń. Tą lampką, telefonem, tym łóżkiem, obrazem, tą szafką nocną, wieszakiem, kwiatem w doniczce i wazonem. I tę ścianę, podpisaną “ściana”, tę ścianę, co jak na nią wskażesz, zawisa w powietrzu biały napis “ściana” Times New Romanem - ją też mogę schować do kieszeni, podobnie jak i wszystkie pozostałe trzy ściany, sufit i podłogę.

Tak właśnie mogę grabić, dzięki kilku niewykorzystanym wcześniej przedmiotom, które weszły w moje posiadanie, a nie miałem ich brać, bo tego nie było w scenariuszu, tego odbicia ust, którego nie miałem brać, tego różowego serduszka z porcelany, które miało tam zostać, ślicznego różowego serduszka z porcelany do płakania. Plus jeszcze kilku niepotrzebnych kroków, gestów i słów poza granicą dobrego smaku. To był intuicyjny nieuświadomiony sabotaż, bo skoro czynności i przedmioty celują w próżnię, jeśli plany mogą pozostać planami, można nie pojawić się na umówionym spotkaniu, jeśli słowa można nareszcie zrozumieć opacznie, a nie włącznie jako opis przejścia - to oczywiste, że istnieje inna, uwolniona przestrzeń.

I jest możliwość rozgrabienia wszystkiego wokół, rozebrania tego budynku, i dalej - budynków sąsiednich, ulic przy których stoją, podwórzy, ogródków jordanowskich, i placów, i niech te budynki, to będą dowolne budynki, kościoły, biblioteki i dyskoteki, niech oto będzie wyliczenie nad wyliczenia, niech całe miasto zostanie skatalogowane, niech powstanie nowy indeks miast, w jednym mieście. I oto jest, oto można otworzyć pasek ekwipunku i niewidzialna ręka może klikać do bólu niewidzialnego palca, przewijać ikonki, ale będzie to trwało długo, dłużej nawet niż stworzenie świata, bo na ekranie mieści się ledwie sześć rekwizytów. Więc oto spis powszechny rzeczy. Rozpalony konceptem połykam kolejne elementy samym spojrzeniem, wszystko ląduje w nieskończonej kieszeni, gmeram w tym brzuszku jak Jonasz ogarnięty klaustrofobią, zdzieram warstwę za warstwą, do naga się dodrapując. Rozebrane miasta, klocek za klockiem. Już żal czasu na dowody i wyliczanie wszystkiego, ale zaznaczę, że wyrywam rury z gazem z czarnej ziemi, wcześniej bez użycia narzędzi rozgarniając powierzchnię darni, by tylko lekko odsłonić stalowy grzbiet i wtedy w powietrzu pojawia się biały napis �rura� Timesem New Romanem, i wtedy komenda weź - i biorę. Należy zauważyć tę delikatność, nie pruję ziemi, nie przecinam połaci lasów przedziałkami i nie żłobię na dnach oceanów nowych rowów. Po prostu: rura, weź, i setki kilometrów stopu, stąd po środek Rosji, po centrum Norwegii, ląduje w tej astralnej kieszeni. I wciąż wzbierają enumeracje, potęga enta, kaskada słów. Każdy przedmiot prowadzi do następnego, a więc elektrownie, ale zacznijmy od płotu wokół elektrowni, a więc od tabliczki z podrdzewiałą czaszką, i przejdźmy do śrubek przy tej tabliczce, do nakrętek na tych śrubkach, więc płot, więc słupy, więc również to, co w tych słupach, stare małe gniazdko i zgniłe jajka, i dalej, przez szpitale, wyciągi narciarskie, boiska, rozchybotane tramwaje do końca, co jest w kasowniku, do ostatnich drzwi, bo z ostatnich zawsze bliżej do domu, odbijając się biodrami od kantów siedzeń, bagienka siniaków, przez stacje benzynowe jak małe lotniskowce, księgarnie, zakurzone magazynki, przez puby, plątaniny kabli, przez supermarkety, hale z mięsem, poły czerwieni i białe pasy ścięgien, szalety publiczne, aż znowu staję nagi, bo w pędzie schowałem do kieszeni również swoje ubranie, co najlepiej dowodzi, że kieszeń jest wpisana w przetrącony kod, i nie jest właściwością mnie. Że jest to kieszeń do której moglibyśmy sięgnąć wysuwając rękę przed siebie i zanurzając ją w widzialnym, gdybym tylko miał ochotę to uczynić, a więc ten rewind był możliwy już wcześniej, bo przecież świat wisi przede mną nie od dziś, nie od wczoraj. Ale przecież nie mam ochoty odbudowywać, tego co rozebrałem, choć byłby to z pewnością wspaniały widok, nie mniej wspaniały, niż sterylna korozja, jakiej byłem powodem, kiedy całostka za całostką znikały, ale były to zawsze całostki widoczne gołym okiem, nigdy nie zeszliśmy do do poziomu monady, nie babraliśmy się zanadto, zawsze mówiliśmy stop, kiedy należało to zrobić.

Nasze mózgi robiły nam psikusy. Nigdy nie przecenialiśmy ich możliwości, choć one same były jak najbardziej skłonne to robić. Uparcie trwały przy świadomości reassemblingu, kiedy zlewały skupiska kolorowych kwadracików w znaczący obraz i ta świadomość sprawiała, że emocje wywołane obrazami chwytane były w cudzysłowy, a w końcu każde uczucie zaczynało się od stuprocentowej umowności i dalej gra toczyła się o odkupienie obrazu, by znów zaczęły krążyć w nim soki, by zapachy i dźwięki otaczające rzeczy stworzyły napiętą i ruchliwą kolonię, by nie dało się jej ogarnąć, bo tylko to odróżniało je od imitacji. Gra toczyła się między niewielką wiedzą a niewspółmierną do tej wiedzy pychą, która niezmiennie opowiadała się za przyziemną wersją, mówiącą że to piękne drzewo jest pięknym drzewem, więc wzrusza, a żadnych pikseli nie ma.

Z wielką przyjemnością zabawiłbym się, oglądał jak tuż nad stolikiem pojawia się pierwsza całostka - ciężki kineskop, jak tkwi w przestrzeni bez ruchu, jak obrasta kablami, zwornikami, masą błyszczącej drobnicy, o kształtach dziwnych jak ryby z oceanicznych głębin, zwojami kabli jak okiełznane tęcze, układami scalonymi jak miasta z lotu ptaka. Nie jak ryby, jak tęcze, jak miasta, ale ryby, tęcze, miasta. Budowałbym na nowo, niebem pociągnąłbym kable, mieszkałbym w układzie scalonym, zworniki nocą zbierałyby się wokół dającego światło grzyba na suficie, żarówki rosłyby w lesie, słuchałbym muzyki z płuc wieży stereo zamkniętych w hebanowych kolumnach, wdychałbym wodę głośnikami wibrującymi w piersi, piłbym powietrze. Byłaby to wielka przyjemność, gdyby pojawiały się przede nami kolejne elementy, jak na tych instrukcjach do klocków lego, że na każdym kadrze przybywa jeden, dwa klocki.

Ekstaza kreacji i rozpadu, chce się krzyczeć ad fontas. Pokonana pokusa autoironii. Skoro wszystko i tak już stracone, bo abecadło z pieca spadło i już nie wiem jak nazywają się rzeczy, które posiadłem, jak i nie wiem do czego służą. Skoro kieszenie mam pełne bezimiennych kształtów, tak podobnych do siebie, które z czystej chęci posiadania zgrabiłem nie bacząc, czy ich potrzebuję. Skoro kobieta ścieląca łóżko także jest gdzieś w tym natłoku, skoro jak wszystko co mam, jest bliska rozproszenia w mgławicę pikseli i zmieszania z innymi mgławicami, dlaczego nie miałbym uciekać do następnego wielkiego porównania, prowadzącego do następnej wielkiej imitacji, dlaczego nie miałbym zboczyć gdzieś w drodze ku chaosowi do zakątka ładu, tak jak na momencik zboczyłem w kierunku kobiety ścielącej łóżko, gdzie życie jest homogenizowane, nie granulowane i przetykane interwałami próżni, lecz poddane potężnemu ciśnieniu i jednolite.

Więc pozwalam sobie. Więc brało się te klocki Lego, nabywało się je w peweksach z matkami i otwierało. Duże zestawy, stacja benzynowa, posterunek policji, straż pożarna. Foliowe ekraniki dzielące pudełko na dwoje. Podnosiło się wieczko z piękną fotografią i potrząsało, a dziurkowane woreczki za tymi ekranikami przemieszczały się i gruchotały. Pudło było tak dziwnie lekkie, jakby wcale nie kosztowało aż tyle. Na zdjęciach w książeczkach i na wystawach zawsze wyglądało ciężej. W książeczkach wszystko było idealne, a zabawa polegała na tym, żeby zbliżyć się do ideału, wygrać ze słabych kart, z jednym małym posterunkiem zestaw nr 6540 z motorówką, łodzią, małym radiowozem do zadań lokalnych, motocyklem, małym zamkiem, dwoma samochodami, dżipem - moim pierwszym Lego, z operatorem, z małpą, z kierowcą w kapeluszu, wozem strażackim - przegubowcem, wielki wysięgnik i czerwone szafki na gaśnice, z kilkoma ukradzionymi kolegom ludzikami, spojlerem Octan i całą resztą. Miasto w książeczce było kompletne i żywe. Krępi uśmiechnięci robotnicy przerzucali firmowy gruz z nabitą marką, dźwigali segment torów, a nad nimi przemykała wiaduktem kolejka miejska z zestawu opatrzonego ramką Electric System, zostawiając za sobą smugę żółtego światła. I wiadomo było, że kolejka gdzieś dojedzie, bo ludzie którzy pracowali przy tych książeczkach, mieli każdy klocek jaki zapragnęli, ich miasto całe było z klocków, żadnych materiałów zastępczych, samochody jeździły po szarych plastikowych planszach z jezdniami, nie po wykładzinie i nie po podłogach, a ludziki dreptały chodnikami z tymi podstemplowanymi logo wypustkami, do których z każdym krokiem przyczepiały się ich podeszwy. Gdzieś indziej, kilka stron dalej, a może w książeczce Picia, a może Jędrka, z którymi się wymienialiśmy, był zachód słońca. Gorący i duszny dzień nad jeziorem, morzem albo oceanem, słońce wdzierało się spoza kadru, zostawiało ślad na wodzie, rozpłomieniało skrzydła białego samolotu z czerwoną i błękitną linią po bokach. Odrywał się od pasa startowego, kończącego się nad brzegiem. A niżej, na pasie, pod palmą z lśniącymi plastikowymi liśćmi, siedział człowieczek w czapeczce i w autku do wożenia bagaży i spoglądał, jakby ktoś mu właśnie odlatywał tym samolotem. A bliżej była niebiesko - biała awionetka z trójramiennymi śmigłami. Na jednym z jej skrzydeł stał mechanik, trzymał gigantyczny klucz francuski i pistolet od dystrybutora z czarnym sznurkiem. Awionetka należała do jakiegoś poważnego człowieka, który zmierzał w kierunku budynku z wieżą obserwacyjną, trzymając walizkę w ręku, w marynarce i krawacie, w czarnej peruce nałożonej na ten łysy łebek z symetrycznym podpisanym Lego - guzem, a przed nim małżonka jego, również w peruce, z walizką, ubrana w tułów z koralami i w niebieskie nogi, oboje uchwyceni w pół kroku . Na lewo od pasa stała nowoczesna remiza strażacka, z dwoma garażami, które można było zamknąć, zasuwając błękitne rolety i duży wóz przed remizą, i mniejszy dżip, i ten jednoosobowy helikopter na dachu garażu z wielką, załamująca się wielokrotnie przednią szybą. Całe ujęcie przecinał Airport Shuttle, mknący szyną podpartą filarami. W środku siedział ludek w czerwonej czapeczce. Pod pociągiem był dół. Zjeżdzali do niego policjanci, przodem motocykl, za nim dżip, ten z dżipa wychylał się przez okno, pokazywali sobie coś sparaliżowanymi dłońmi jak małe ce. Tuż obok żółta koparka dźwigała garstkę kwadratowego gruzu, znowu te plastikowe kamienie, światła ostrzegawcze były ciepłe i miękkie.

Kadry wypełniono dokładnie, wszędzie coś się działo, każdy ludek z niezmiennym uśmiechem zajęty był pełnieniem funkcji społecznej bądź beztroskim wypoczynkiem w ekologicznych warunkach na białym jachcie, zestaw 4011, na wodzie czystej jak szkło, łowiąc szare rekiny, które nie krwawią, nie brudzą rąk i nie odczuwają bólu, ale mają górną szczękę na zawiasach, a w ich brzuchu zmieści się kilka światełek okrągłych lub kwadratowych - jedynek. Pragnęliśmy takiego miasta, miasta funkcjonującego jak renesansowy zegar, pragnęliśmy by te ludziki zaczęły same poruszać się podobnie do tych z Sensible Soccer, żeby poruszane jakąś prastarą Inteligencją odżyły jak tamte w katalogach, by wreszcie wzięły na siebie odrobinę odpowiedzialności. Nie starczało jednak klocków, nawet kiedy zeszliśmy się w trójkę i kiedy rozłożyliśmy wszystko co mieliśmy, nie udało się nam nigdy odtworzyć tej harmonii między zestawami, tak jakby to, że należą one do jednego systemu, podległe biało - czerwonemu godłu, było kłamstwem, jakby kłamstwem było to, że istnieje jakaś zwierzchnia instrukcja, jakaś jedyna konstelacja zestawów, która tchnie w to martwe miasto życie. Zwierzchni plan, który istniał także dla każdego najmniejszego zestawu i nadawał kilkudziesięciu bezimiennym klockom - choć czasem także im nadawaliśmy nazwy: płaska czwórka, eskort, grzebień, gruba jedynka - kształt, który mogliśmy już nazwać, powiedzieć to jest dźwig, a to łódź. Jakby takiej instrukcji nie było, a my próbowaliśmy tylko odtworzyć własne projekcje, wierząc że klocki z których zbudowano te lotniska i domy w katalogu, to te same klocki z których my próbujemy zbudować nasze lotniska i domy. I naprawdę nasz zestaw 6395 - autodrom z wyścigówkami - niczym nie różni się od tego w książeczce. Ale naprawdę coś nam się wydawało - dopatrzyliśmy się na tych zdjęciach czegoś, czego nie było. Daliśmy się nabrać na malowane tła, gipsowe skały, doklejone słońce i plaże z masy solnej.

Kiedy pożegnaliśmy się w nastroju łagodnej melancholii, nie wściekle, nie drżącymi dłońmi, w zapamiętaniu przygryzając wargi, ale z rezygnacją i spokojem człowieka, który dowiedział się czegoś, rozkładałem kolejne zestawy. Posterunek, stacja, samochody. Robiłem to bardzo dokładnie. Zdejmowałem opony z osiek, wyciągałem drzwiczki szafek, odczepiałem małe światełka, wyrywałem dźwignie, wypychałem szyby z ram okiennych. Ludziki rozkładałem najbardziej jak się dało. Miały pięć części: czapeczkę lub fryzurę, żółtą głowę, którą czasem trzeba było chwytać zębami i zostawały ślady, tułów, dwie dłonie i złączone nogi. Garstkami wrzucałem klocki do miski, aż wszystko było posprzątane. Dywan przecinały ślady po wirażach pod włos. Miska stała na szafie.

Tu krótki filmik się kończy.

4.

Po rozmowie podsuń taboret i zobacz, co jest na szafie. Marek wysunie stamtąd miskę klocków lego. Używaj tych klocków jednego na drugim (patrz diagram), aż zbudujesz awionetkę naturalnej wielkości. Awionetka wypełni cały pokój i na razie nie jest możliwe wylecieć nią z tego pokoju. Należy zrobić otwór w ścianie żeby opuścić to mieszkanie. Nie próbuj z bombą, bohater będzie miał obawy. Musisz wymyślic coś innego. Podnieś z podłogi majtki kobiety i wyciągnij z nich gumę. Przywiąż ją do nogi łóżka. Drugi koniec przywiąż do nóg i wyskocz oknem. Teraz wisisz głową w dół, a guma sprężynuje. Odetnij ją, a wystrzelisz w powietrze i wpadniesz przez okno do innego, zupełnie nowego pomieszczenia. Jest to wielki i piękny salon. Przeczytaj list znajduj�cy się na biurku. Odsuń obraz, za nim odkryjesz sejf. W środku znajdziesz film oraz klucze. Poci�gnij za lew� czaszkę. Zabierz st�d jedynie obrazek z wizerunkiem Graala z sypialni. Wpierw jednak zdejmij doniczkę z kwiatem oraz obrus. W środku znajdziesz ksi�żkę. Pobaw się wył�cznikiem �wiatła aż go zepsujesz. Powiadom o tym robota. Jest zupełnie ciemno i nie wiadomo co robić. Blount wali się w głowę ale może podnie�ć zapałki. Pociera je o szorstk� �cianę i widzi… własny nagrobek. Po wrzuceniu wszystkich trzech kolorów z kuli wylatuje promień, odbija się od lustra, okularów, zęba i powraca do kuli. Powoduje to duże BUUUUM! i Blount wylatuje prosto w rozgwieżdżone niebo… Porozmawiaj z ekspedientem. Podaruj mu magazyn motoryzacyjny i zabierz bilet z lady. Powróć do ładowni. Posługuj�c się rakami przejd� do cel z ładunkami. Przy pomocy kluczyka odblokuj uchwyt przy wyrwanych drzwiach. Znajdziesz w nim rakietnicę. Przy pomocy homunkulusa odczytaj tajemnicze znaki wyryte na tablicy. Pamiętaj�c, że przyjaciółmi słońca jest księżyc, gwiazda i kometa, zastosuj się do wskazówki. Wrzuć kartkę do �rodka poczym wyci�gnij mięso. Z kolei te dodaj do gotuj�cej się zupy. Id� do sypialni. Włóż kasetę do odtwarzacza, wł�cz telewizor i użyj pilota na wideo. Przejdź w prawo. Rośnie tam grzyb. Zerwij go Winklem. Zapukaj do drzwi i wręcz Vivalzartowi grzyb. Winklem wyjmij robaka ze słoju, Fingusem stań na klapie pod sępem. Niestety ucieknie. Z torby wisz�cej przy oknie odnajdziesz list od kardynała nakazuj�cy zabić de Peuplea. Rozpruj szpad� poduszkę. Ze �rodka wyjmiesz testament. Wróć do pracowni czarnoksiężnika. Po rozmowie wróć na statek. Przeczytaj numer i zdejmij z szafy puchar. Pod wod�, pogrzeb bosakiem w mechanizmie a następnie wskocz od otwartej muszli. Szczypcami zdejmij łuskę z chusty. W pozostawionej paczce znajdziesz zgubiony odłamek lustra. Dopasuj go na swoje miejsce. Pod balkonem poczekaj na Delberta. Ponieważ nie będzie on zbyt rozmowny, poczęstuj go Whisky. Zapamiętaj numer telefonu do Johna Warda. Wybij szybę wozu. . Na policji okaż wszystkie uzbierane dowody. Wylej na ni� kubeł z farby. Rzuć zapałkę na książki. Włóż kartę magnetyczną do konsoli i biegnij do wyjścia ewakuacyjnego. W prawo, raz do przodu. W lewo, zamknij drzwi. Raz w prawo, do przodu. W lewo, do przodu, w lewo, do przodu. Idź dwa razy w lewo, zamknij drzwi. Obróć się w lewo, zamknij drzwi. W lewo, do przodu, dwa razy w lewo, zamknij drzwi. W lewo, do przodu. W prawo, do przodu. Zamknij drzwi, raz w lewo, raz do przodu. W prawo, do przodu. W prawo, trzy razy do przodu. W prawo, dwa razy do przodu.

Koniec.

Brak komentarzy »

Do tego wpisu nie dodano żadnych komentarzy.

Wątek RSS dla komentarzy do tego wpisu. Adres TrackBack

Dodaj komentarz

Blog at WordPress.com.