fabryka

‘grudala story #1′

Track#: 1
Title: intro
Artist: unknown
Album: grudala story
Genre: bitpop
Year: 2006

Przybył bo słyszał o tym mieście wiele, kiedy popołudniami schodził kamienistą ścieżką w dół tam na plażę, gdzie stary rybak Lubko, mistrz jego, czyścił sieci, wydłubywał z nich skorupiaki, a wokół skrzeczały mewy.

STARY PIJANY MISTRZ LUBKO
lubko

Miejsce urodzenia: Polska, Bieszczady
Wzrost: 166cm
Waga: 73kg
Grupa krwi: O
Wymiary: 100/75/80
Styl walki: Góralska odmiana bojewoje sambo zainfekowana ukraińskim miotem konserwatywnego Ki-Ryu.
Specjalne umiejętności: Przepisywanie recept na bieszczadzkie grzybki halucynogenne, zwiększające twoją mana i charyzmę, ogólną wydolność organizmu
Lubi: Klopsiki ryżowe z sosem pomidorowym, Grochowiaka
Nie lubi: Jak śliwki leżą i zlatują się do nich muszki.

Lubko wiedział wiele, zwiedził w młodości cały kraj nadwiślański, mimo że nie miał grosza przy dupie. Przywędrował tu z terenów górzystych. Był właściwie góralem po konwersji na pomorzanina, zwolennika Arki Gdynia i rybaka. To w jarach bieszczadzkich, w wieku dwudziestu jeden lat, odbywał pierwsze treningi pod okiem swojego mistrza - Arkadiusza, który za niewielką cenę, wyrażającą się w siadaniu mu na kolanach w ubraniu, przekazywał małemu tajniki sztuki sambo. Bojewoje sambo, sambo bojowe, była to sztuka która wymagała bliskiego kontaktu z instruktorem, treningi odbywały się w samych majtkach, bo tylko to mogło według Arkadiusza zapewnić przewagę nad adeptem judo na przykład, którego techniki opierały się chwytaniu za judogi, co nie było zgodne z tradycyjną wykładnią tej sztuki, ale wszystko musi ewoluować, kto stoi w miejscu, ten zostaje w tyle. Kontakt był bardzo bliski, instruktor zamykał się jak kabłąk nad chłopcem na puszystym chlupoczącym mchu i pastwił się nad nim, waląc dłonią w jego krocze, czyli po angielsku uprawiając spanking, delikatnie ale bezustannie, tak że chłopiec twardniał tam, i były to jego pierwsze twardnienia, po czym orientował się, że tak być nie powinno, że nieraz widział pod karczmą jak w krzakach gazda Przemek młócił rosłą córę karczmarza, wyzywając ją od różnych zwierząt, od owcy, kury i krowy.

Prędko wkupił się w łaski okolicznej braci rybackiej, za sprawą spirytysu, którego tajemną destylarnię odkrył w poniemieckim schronie. Zachodził tam pod osłoną nocy, odziany w czarne leginsy, marynarkę i worek od śmieci na głowiie z otworami na oczy, usta i noc. Zachodził i plecami przylegał do wilgotnych ścian, a zaszedłszy za tych ścian wskazaniem pod sam nos wroga, to znaczy dwóch strażników, jednego grubego i wielkiego o twarzy tura, drugiego niskiego i chudego o twarzy łasicy, rzucał im kamyk w mrok, a oni dziwili się i krzyczeli:

- Co to? Halte, halte!!!

Nad ich głowami rozbłyskiwały białe pytajniki i biegli za tym kamieniem, wówczas Lubko przemykał do destylarni, gdzie rumuńskie dzieci pracowały pośród kadzi pod sam sufit, smażyły cukier nad butlami gazowymi i preparowały karmelówkę, w drugiej komorze myły mróweczki biedne biedaczyny butlę za butlą, po zużytych już wódkach, prostowały kombinerkami kapsle, starą prasą drukarską powielały od matrycy etykiety i wycinały na głodno, na czczo, i przyklejały klejem z wody i mąki. Wykradał dwie butelki i nim tamci wrócili, biegł już przez noc. Gałązki wierzb chłostały jego twarz. Tymi to butelkami wkupił sie w łaski rybaków, którzy zdradzili mu także tajniki zawodu i tak dalej.

GNIEWOSZ GRUDAŁA

gniewosz

Miejsce urodzenia: Polska, bliżej nieznane.
Wzrost: 183cm
Waga: 97kg
Grupa krwi: O
Wymiary: 110/75/80
Styl walki: Góralska odmiana bojewoje sambo zainfekowana ukraińskim miotem konserwatywnego Ki-Ryu z naleciałościami ulicznego ansatsuken (w stylu charakterystycznym dla wschodniego brzegu Zalewu Szczecińskiego).
Specjalne umiejętności: Może długo nie spać i wiele pić. Nie ma kaca.
Lubi: Bliny z dżemem porzeczkowym.
Nie lubi: Ćpunów, sprzedajnych kobiet, polityków.

Od Lubka słyszał Gniewosz nie raz i nie dwa, że Poznań to miasto buntu, seksu i szołbiznesu. Lubko wspominał, że jak tam zajechał po raz pierwszy, to prawie co by nie oślepł od blasku neonów. To coś dla mnie - pomyślał Gniewosz, słysząc te słowa. Dziwki, alfonsi, szybkie wozy i drogie kluby, czas się z tym zmierzyć, póki jeszcze jestem młody, i skoro już wszystko tutaj zostało ujarzmione, zarówno moje wewnętrzne dzikości, jak i wrogowie. Znaleźć wreszcie kogoś, kto rzuci wyzwanie, które będzie wyzwaniem dla jego mięśni i siły woli. Odnaleźć swój cień, odwiecznego rywala, swój rewers i z nim zawalczyć i go pokonać, to musi być tam, oni tam w tym mieście mają wiele pieniędzy dobrze się odżywiają, więc są silni, będzie z kim zawalczyć bez wątpienia. Pojechać tam i zacząć wojnę, wypowiedzieć ją w imieniu samorozwoju, gdyż w tej popegeerowskiej wsi nie ma czego szukać, tutaj można umrzeć tylko. Wywalić cały ten syf z głowy, podróż uwalnia, to jest tak, że jak jesteś w ruchu, to albo coś gonisz, albo uciekasz, albo naraz jedno i drugie, tak trzeba, on musi.
Więc pojechał, bez biletu, wskoczył na pierwszy pociąg który odjeżdżał z pobliskiej stacji, z mapą z Gazety Wyborczej w sportowej torbie, z judo-gi dość tanim, odziedziczonym, wielokrotnie zszywanym, białym ręcznikiem (oby nigdy się nie przydał), klapkami, butelką wody mineralnej i kanapkami z wędzonym dorszem. Na bieżąco orientował mapę według charakterystycznych punktów krajobrazu, w razie potrzeby przeskakując na dachy mijanych pociągów. Opalał się, oszczędzając wodę, tylko zwilżając usta. Jadł niewiele bo nie wiedział jak długo przyjdzie mu podróżować.
Kiedy wjechał do Poznania, najpierw oślepiły go miliony neonów, potem życie nocne uderzyło w twarz rozgwarem, zeskoczył z pociągu tuż przed dworcem, sturlał się po nasypie do rowu i legł. Patrzył górę w niebo roziskrzone neonowymi żyłkami, rysującymi na niebie coś na kształt pisma kanji. Wywnioskował że nie może znajdować się w bezruchu, bo wówczas krawędzie świateł byłyby łagodne i opływowe. Coś musiało nim szarpać. Lecz co i dlaczego.
Wróciwszy do zmysłów poderwał się i uznał, że chwilowe zapomnienie się musiało być jakąś formą jet-laga, spowodowaną licznymi przeciążeniami jakich doznał ostatnimi czasy. Lecz teraz był już w znakomitej dyspozycji. Czuł się nieźle, wypoczęty i pełen energii. Zresztą rzadko czuł się zmęczony, miał niezłą kondycję.
Znajdował się przed jakąś dyskoteką. Ze środka buczało. Bas robił masował wnętrzności. Dwuskrzydłowe drzwi otwierały się raz po raz i w oparach perfumów i potu zwracały ludzi jak wielka paszcza. Podobne do siebie dzieciaki w obcisłych koszulkach. Z impetem przelatywały kawałek chodnika jak szmaciane lalki, po czym padały na roziskrzonym lepkim chodniku. Dwóch odeszło niepysznie chwiejnym krokiem lecz trzeci podniósł się sprężyście, otrzepał i spojrzał na Gniewosza. Gniewosz nie spękał, zmierzył go od góry do dołu.
- Na chuj świecisz!?!
Młody, na oko szesnaście-siedemnaście lat, chłopczyna hasał naokoło jak zacięta zabawka nakręcana na kluczyk
Idź do domu panienko. Zabawa się skończyła. Prawdopodobnie jesteś pod wpływem narkotyków twardych - odpowiedział Gniewoszem matowym głosem z kciukiem zaczepionym o pasek torby na ramieniu.
Widział to. Znał takich. Wystarczyło dmuchnąć.
- Ja kurwa dzwonie. Jesteś zajebany - powiedział przez zagryzione zęby - Już cię kurwa nie ma.
Uśmiechnął się z pobłażaniem. Zauważył, że trampek mu się rozwiązał. Przykucnął by zawiązać.
Poczuł ciężar na plecach, kiedy zaciągał węzeł. Równocześnie kątem oka zauważył ruch. Zbił kopnięcie otwartą dłonią, tak że tamten stracił równowagę i wylądował na plecach
- Szybcy. Podjechali bezszelestnie - szepnął do siebie wciąż matowym głosem, przyciskając brodę do piersi, by powstrzymać to nieudolne duszenie.
Równocześnie sięgnął za siebie by chwycić tamtego za szmaty. Zostawił mu jedną wolną rękę. Błąd. Wyczuł obecność dwóch następnych za sobą. Myśleli, że się nie ubrudzą, a wylądują na oiomie. Przetoczył się z tym frajerem na plecach, zasunął mu z łokcia, żeby się odkleił i zrobił sprężynkę, wybijając skurwiela obiema nogami w stronę tamtych. Stał już na nogach w gardzie i balansował sobie. Tak chłodniej. A tamten wciąż leciał na nadbiegających. Skosił jednego. Ten, co biegł za nimi, przeskoczył saltem nad poturbowanymi. Chyba znał kung-fu, wylądował sprężyście i śmigał dwoma nunczakami. Ich kształty rozpływały się w powietrzu - skrzydła ważki. Laik powiedziałby, że był szybki, ale Gniewosz nie był laikiem. Gniewosz nie nazwałby go szybkim.
Koleś zbliżył się, z półcienia wynurzyła się pociągła twarz pokryta śladami po ospie.
- Szlachetnych ospa oszczędza - powiedział Gniewosz.
To mogło przywołać u napastnika wspomnienia szkolnej alienacji. Wybiło go z rytmu, pozwolił sobie na lukę w obronie. Gniewosz chwycił go za nadgarstek i wykręcił, odsłaniając nerki, po czym z całym i impetem wbił się kolanem z wyskoku. Gość leciał chwilę; opadł na przednią szybę BMW, którym przyjechali. Rozbiła się w drobny mak.
Prowodyr starcia znikał za rogiem. Mignęła biała koszulka. Nie warto. Tamci dadzą mu odpowiednią nauczkę, kiedy wyjdą ze szpitala. Teraz Gniewosz miał inny problem. Odwrócił się.
Dwaj wielcy goście w koszulkach firmowych agencji ochrony ruszyli ku niemu. Misie - bysie, mistrzowie ligi akademickiej judo na Wielkopolskę; z czym do ludzi.
Rzeczywiście, nie wyglądał okazale w koszulce pękniętej na szwach, dżinsach i trampkach, ale powinni wyciągać wnioski na podstawie najświeżych obserwacji. Empiryczne. Najwyraźniej jeszcze nie przepracowali pewnych faktów. Jak się nie ma tu, to się ma tu. Kumple za ich plecami wkładali bateryjki do paralizatorów. W popłochu rwali zębami tekturę opakowań. Ci byli przezorni, zasługują na mniejszą karę. Nigdy nie lekceważ przeciwnika, nie wiąż przy nim butów, jeśli nie jesteś Gniewoszem Grudała.
Ten z lewej pokazał go palcem i zaśmiał tubalnie. Nawet nie zorientował się, kiedy Gniewosz założył mu balachę i wyłamał bark. Teraz leżał na na chodniku i kwiczał jak rżniety w odbyt prosiak. Ten drugi - natępny klon - chciał wykorzystać pozycję leżącą Gniewosza. Ruszył na niego ale Gniewosz uniósł nogi. Wyglądał teraz jak szczeniak kapituljący przed wielkim czarnym rottweilerem. Gruby pochylił się trochę, lecz wciąż brakowało mu centymetrów. Próbował zajść z lewej, ale szczeniak wyrównał w mgnieniu oka i znów trzymał go na muszce, między stopami odzianymi w tanie rozlatujące się trampki firmy Converse (Kup! Kup! Kup!).
- Nie pierdol się z nim Maury - padło od strony wejścia do klubu.
- No, nie pierdol się Maury - zachęcił Gniewosz - Twoja stara! - dodał.
Maury pochylił się, by chwycić przeciwnika za kostki. Sekundę później leżał znokautowany kopnięciem piętą między oczy.

kop

Ok, koniec zabawy - Gniewosz wbił się w bramę piekieł, wślizgiem powalił dwóch kolesi z paralizatorami, przebiegł górą po barierkach tworzących kilka zawijasów, które miały rozładowywać tłok i umożliwiać bysiom macanie co zgrabniejszych zaćpanych lolitek: pofrunął do głównej sali, gdzie na fali stage-divingu, niesiony tłumem ludzkim, podbijany spoconymi czerepami, oślepiany stroboskopem sunął wolno, nie szczędząc kopów i wierzgnięć, a i jemu nie szczędzono uderzeń pięścią w kręgosłup i w nerki; nie był przyzwyczajony do walki w takich warunkach; puls w każdym razie niósł go w nieznanym kierunku; światło wypalało oczy na wiór, słyszał z dołu krzyki zaskoczenia, hej, spierdalaj, kobiece perliste nienawistne okrzyki wybijające ponad zupełnie mało kręcący pseudo-jungle’owy bit, chuju zajebany, choć tu kurwa, dwóch chwyciło go za nogi i próbował ściągnąć w dół, ale kopnął przeturlał się na bok, poczuł jak łokieć odbija się od miękkich piersi, spróbował wstać i iść po tym tłumie, ale dłoń zjechała mu z nażelowanego łba i zapadł się prawym barkiem w mięso, naoliwiona dłoń łatwo wślizgnęła w spodnie, poczuł u kolesia niezłą erekcję, zahaczył się na tym prąciu i wybił; skoczył jak żaba, czołgał się teraz delikatnie i na tyle szybko, by każda z dziesiątek wypustek tego organizmu, była drażniona jak najkrócej, jednym trąceniem lub ciosem, by ten organizm nie mógł sie zorientować gdzie jest zarzewie obcych komórek, wciągnąć go i zadusić.
W końcu jego dłoń trafiła na chłodną, chromowaną balustradę schodów prowadzących na oszklone, ukryte za żaluzjami galerie. Przeskoczył z mocą i pobiegł w górę. Grad pocisków spadł z góry, ale Gniewosz był szybki, robił uniki, ustawiał się bokiem i parł do przodu, aż wpadł w piruet, zamienił się w mały cyklon, otoczył kokonem ruchu; nic go tknąć nie mogło. Ten gość u szczytu wyglądał lepiej niż poprzedni. Miał mały czub na głowie, lenonki, czarną kamizelkę, bojówki wpuszczone w glany i kamizelkę z ładownicami - pruł z Uzi, celując w sam środek. Ale Gniewosz niepostrzeżenie opuścił już oko cyklonu, skradał się uczepiony balustrady, a tłum pod nim był jak czarny ocean. Kiedy dotarł do gościa, i mógł dostrzec twarz oświetloną ogniem pistoletu maszynowego, błyski igrające na oprawkach okularów, litery wytłoczone na nieśmiertelniku i wykałaczkę kąciku ust, znów przesadził poręcz, rzucił mu sie na kark, i udami - jednym cięciem ud - skręcił mu kark, wciąż nie puszczając barierki i nie zwalniając chwytu, zgarnął bezwładnego ochroniarza i posłał go w tłum, który przez chwilę próbował nieść truchło, ale zaraz je pochłonął.
Gniewosz długo nie myśląc wyważył barkiem drzwi gabinetu Bossa. Grubas siedział za biurkiem, z tym gigantycznym cygarem wyglądał jakby robił fellatio jakiemuś czarnuchowi. Nie było jednak czasu rozmyślać nad jego urodą. Grubas wyjął cygaro z ust, wskazał nim na przybysza i powoli, głośno rozkazał:
- Skończyć z nim!!! - uderzył pięścią w przycisk do papieru w kształcie małego buddy, zaniósł się gargantuicznym śmiechem i uciekł tajemnym wyjściem ukrytym za barkiem.
Coś poruszyło się u góry. Lustra podwieszanego sufitu tarły o siebie jak płyty tektoniczne i pękały. Gniewosz z zadartą głową cofnął się o trzy kroki i przyjął gardę. Patrzył jak jego odbicie rozpada się na kawałki. Zły omen. Sufit runął, a wraz z nim na na podłogę runęły czarne postacie czterech wojowników ninja.
- Don’t fuck with a ninja!

nińdża

Powiedział jeden z nich z azjatyckim akcentem. Jego głos dochodził z boku, jakby z głośników. Kręcił nad głową błyszczącą naginatą i mierzył Gniewosza bystrymi wąskimi oczami. Drugi stał na biurku wymachując dwumetrowym manruki gusari - łańcuchem obciążonym z dwóch stron. Trzymał go za jeden z końców i wymachiwał tworząc wokół siebie strefę pozornego bezpieczeństwa. Trzecia postać, o kobiecych kształtach miała zatknięte za pas dwa żelazne wachlarze. Wojowniczka stała w pozycji posągowej i najwyraźniej integrowała swoje ki za pomocą technik kuji - in, jak wnioskował z gotyckiego ułożenia jej dłoni, oznaczającego pozycję siły. Była nieźle naładowana, okoliczne paprochy i fafoły lgnęły do jej pociągających kształtów. Jej kostium miał barwę czarną jak pozostali, opalizował jednakowoż głębokim tonem fiołków. Gniewosz dostrzegł, że jedną dłoń miała uzbrojoną w neko-te - śmiertelnie niebezpieczną rękawicę z wysuwanymi, zapewne zatrutymi pazurami. Była jego faworytką. Ostatni z wojowników stał za biurkiem, tuż pod żaluzją, z rękami skrzyżowanymi na piersi, trzymając niepozorną fukiyę; rurkę do strzelania dartami. Wydymał usta, rozgrzewając je. Mogłoby kojarzyć się toniejednoznacznie, gdyby nie dramatyzm sytuacji i fakt, że pod obcisłym kombinezonem nie rysowały się nawet śladowe wybrzuszenia, każące domyślać się występowania wzwodu.
Gniewosz znał trochę angielski. Niewiele, ale zawsze:
- Don’t wanna fuck with you - powiedział do tego z naginatą i znacząco spojrzał na tego z rurką - I’m not a gay, buddy.
Spojrzał na wojowniczkę i chciał powiedzieć, że może zrobić wyjątek, ale nie mógł sobie przypomnieć jak by to było po angielsku, a nie chciał tej zgrabnej frazy parafrazować, bo nie lubił prymitywnych konwersacji na poziomie rynsztokowym.
Nie chciał walczyć. Mógł ich pokonać, ale wiedział, że największą sztuką walki, jest unikanie starcia.
- Wiem, że nas słyszysz. Odeślij ich. Nie chcę robić tutaj jatki. Szukam pracy jak wszyscy Polacy.
Barek odsunął się i z tajnego przejścia wyszedł monstrualnych rozmiarów Boss. Wielki garnitur leżał na nim idealnie, szyty na miarę u najlepszych paryskich krawców. Twarz Bossa była zadbana, lśniąca, opalona. Zaczesane do tyłu, siwiejące na skroniach włosy kończyły się na skroniach falowaną symetryczną linią. Wciąż uprawiał cygarowe fellatio. Cmokał końcówkę brązowej pały jak dziecko smoczek cmoka. Mówił przez to niewyraźnie:
- Więc najpierw wykończyłeś pięciu moich ludzi, a teraz raczysz błagać mnie o synekurę, tak? - zapytał, zbliżając się do biurka i dając ninji na biurku znak ruchem głowy.
Ten zeskoczył. Saltem. Boss opadł na fotel.
- Nie miałem wyjścia. Zaatakowali mnie. Podobnie jak tamtych czterech przed twoim klubem. Nie powinieneś na to pozwalać. A skoro ich pokonałem, jestem wart co najmniej dziewięciu ludzi. Co najmniej. Przekonasz się, że więcej. Wiele więcej niż ci przebierańcy.
Ten z naginatą zrobił wyrwał się, ale Boss powstrzymał go gestem dłoni.
Gniewosz zmierzył ninję. Od góry do dołu.
- Nerwowy jakiś. Daj mu wolne.
Ninja pełen był tego zdecydowania i napięcia, jakie ma kot tuż przed skokiem na ofiarę.
Zwal se konia za winklem jak cię nosi - dorzucił..
Ninja ruszył się na niego ze wzniesioną naginatą. Gniewosz wykorzystał jego rozpęd, skulił się wturlał mu się pod nogi; przeciwnik uskoczył, ale Gniewosz poderwał się szybko tuż za nim i stuknął go kostką palca wskazującego i środkowego za uchem, iż napastnik stracił równowagę i pędził niekontrolowanie w kierunku okna. Dopiero gdy doskoczyła do niego fiołkowa ninja i pewnie go chwyciła, jego błędnik odzyskał sprawność. Gniewosz poczuł na sobie powłóczyste, pełne szacunku i pożądania spojrzenie.
- To co? Mogę usiąść? - zapytał siadając.
- Wypierdalać patałachy - wrzasnął wściekły Boss do swoich przydupasów. Rzucili pod stopy dymne bombki i rozpłynęli się w powietrzu.
- Nabierasz się na tanie efekty, szefie.
- Jesteś pyskaty, ale podobasz mi się. Skąd przybywasz?
- Z Pomorza. Wysokie bezrobocie, małe zarobki, zero perspektyw. U nas są dwie do po japońsku drogi, że można zostać żulem, żul-do, albo wojownikiem wojownik - do. Ja wybrałem drogę wojownika.
- Masz gdzie mieszkać?
- Nie mam. Dopiero wyszedłem z pociągu. Miałem jet - laga, nie zdążyłem się zorientować o co chodzi tu u was.
- Dam ci adres, będziesz tam mieszkał. Odpocznij i przyjdź jutro. Nie kombinuj. Wszędzie mam ludzi. Bądź lojalny a zajdziesz daleko.

1 komentarz »

  1. Miejsce urodzenia: Polska, tarnów
    Wzrost: 169cm
    Waga: 60kg
    Grupa krwi: b
    Wymiary: 100/60/50
    styl walki:walka wręcz

    Komentarz autor kamiru — grudzień 1, 2007 @ 6:10 pm

Wątek RSS dla komentarzy do tego wpisu. Adres TrackBack

Dodaj komentarz

Blog at WordPress.com.