fabryka

lipiec 13, 2008

roztropny łyczek oleju roślinnego

Kategoria wpisu: txt — p z @ 1:31 pm

Do sprawy przygotowałem się należycie. Zjadłem więc jeszcze przed śpiesznym wyjściem z domu, popiłem roztropnym łyczkiem oleju roślinnego. Dzięki temu alkohol lewituje w okolicach serca, zimna wódka robi za duszę, przesiąka w swoim tempie, nie pali, a grzeje. Tak przygotowany udałem się w wyznaczone miejsce, lawirując między wataszkami naprutych królów życia w różowych polówkach. Wiele w nich pasji. Kiedy przechodzisz obok, machają rękami, jakby pływali. Dużo czasu na unik. Budynki oddają ciepło i ruchy królów życia mieszają to ciepło z chłodnym, nocnym powietrzem. Ciepłe jest jak ciężki sok na dnie, zimne jak wódka. Wiele się dzisiaj będzie kojarzyć z zimną wódką.

W miejscu wyznaczonym zasiadam. W. ma już zmutowaną jamę ustną, już mówi o wszystkim naraz. Że ona, że z tamtym, że w taki sposób. Że z giętkim redaktorem redakcji sportowej. Ona jeszcze się tutaj pojawi, nie z redaktorem, lecz inżynierem, tak samo zresztą podejrzanym. Będę miał sposobność, żeby pouczyć: Przyczyna twojego alkoholizowania się nie powinna posiadać wysadzanych brylancikami kolczyków w kształcie serduszek. I W. nie poskąpi pouczeń: Winieneś cierpieć na skutek swoich niedopatrzeń.

Ale nie jestem zwolennikiem postępu. Nie jestem zwolennikiem wyciągania wniosków. Nie dana mnie łaska pogłębionej interpretacji.

Następują różnorakie przygody po świt.

Rano wstaję i idę do kuchni. Do sprawy przygotowałem się należycie. W drodze do domu zażywałem wodę mineralną. Przed snem zjadłem. Obawy przed samotnym kacem są uzasadnione szeregiem czynników. Stoję w tej kuchni i sam nie wiem, czy jest dobrze, czy też powinienem leżeć. Powiem coś i wsłucham się we własny głos. Jeśli będzie mocny i stabilny, będę wykonywał czynności. Jeśli słaby i łamliwy, pójdę umierać. Patrzę więc w okno, bo to dodaje powagi, mówię: Nie dana mnie łaska pogłębionej interpretacji.

czerwiec 5, 2008

phil i słońce

Kategoria wpisu: muzyka, txt — p z @ 1:05 przed południem

pwe

Ze wspomnianym już Elvrumem spotykałem się zazwyczaj podczas podróży ku wodom, bo spotkania te wymagają skupienia, o które na co dzień trudno. Elvrum nie jest piosenkarzem, ale takim człowieczkiem, przez którego przepływają prądy, leje się jakaś kaskada nie wiadomo skąd. Te prądy można i bez niego czasem wyczuć między palcami, czasem się zdarza. Ale właśnie zdarza się zbyt rzadko, częściej we śnie. (Ostatnio ze snu wyrwał mnie odgłos wypadku dobiegający przez okno w suficie. Nie mogłem zobaczyć, czy ktoś umarł, bo nie mam widoku na ulicę. I to jest jedna z tych wielu wskazówek, wiszących w powietrzu jak alergeny.) Ale zdarza się. Chociażby ten kot spotkany na pustej jezdni w środku nocy. Dźwiga białego gołębia, jego prosta szyja i śpieszny kroczek. Wygląda jak mrówka ciągnąca pasikonika. Chcę powiedzieć: Spokojnie, stary, nie jadam gołębi. I wiatr, suchy szelest, wydaje się, że skrzydła są z papieru. I wiatr w drzewach. Więc zdarza się to i na jawie. Piękno można zarzucić, przez chwilę jest lepiej, ale ono i tak wejdzie na plecy i chuchnie w ucho.

Widziałem ostatnio Elvruma w Dzień Dziecka, siedział sobie z gitarą. I możecie powiedzieć, że przyklejam mu jakieś swoje pomysły, ale widziałem człowieka onieśmielonego, że mu się wydobywa takie piękno z gardła i spod palców. Ludzie wokół też wydawali się nieco przestraszeni. Wsłuchajcie się w teksty, on wie, że przydarzyło mu się coś dziwnego. Były to niby jego piosenki, ale chyba wiedział, że były to też piosenki niepodpisane, pozbawione autorstwa, należące do wszystkich. Znalazł je w lesie i przyniósł pokazać. Spotkałem człowieczka, który pogodził się, że mu to piękno przychodzi i nie pozwala na wiele, więc poddał się. Odganiał je żarcikiem, traktował lekko, bo wiedział, że nigdzie mu nie ucieknie. Wyobraźcie sobie, że połknęliście pestkę i teraz w brzuchu rośnie drzewo. Tak, zostałem mistykiem. Nie widzę problemu. Całkiem przyjemne uczucie.

In moonlight
Darmowa EP-ka ‘Nobody’s Pefect’ (’O my heart’ najpiękniejsze)
I następna.

czerwiec 1, 2008

wróble

Kategoria wpisu: txt — p z @ 12:20 pm

Zabawa miała trwać do rana, ale skończyła się trochę po północy, bo zaczęła zbyt wcześnie. Bardziej zamulony, niż pijany złym alkoholem (piwo z wodą z rzeki) i upałem padłem na łóżko jak marionetka, której odcięli sznurki. Spałem i śniłem. Śni mi się ostatnio wiele. Dużo pięknych rzeczy. Trochę uroczej makabry przypominającej mikroskopowe zdjęcia owadów. Trochę ciała i dużo czystej wody, muzyka.

Albo, że przychodzi pocztą zgubiony portfel. Ładny, pachnący, co dostałem go od firmy od badań za prowadzenie dzienniczka zakupów, którego nie prowadziłem. Nie ma w nim jednak dokumentów, ani pieniędzy. Kiedy zaglądam do środka, w twarz uderza chmara wróbli małych jak muchy. Wlatują do nosa i ust. Wiją gniazda w ustach z resztek jedzenia wyskubanych spomiędzy zębów, w nosie - z pyłu osiadłego na śluzówce.

maj 28, 2008

eklektyczny gust muzyczny

Kategoria wpisu: muzyka, txt — p z @ 12:33 przed południem

Najwidoczniej sytuacja mojego sąsiada nie jest najlepsza. Mój sąsiad słucha muzyki. Ja również słuchałem jej niejednokrotnie, kiedy sytuacje moje nie były najlepsze. Bywało, że i nocą dzwoniono z dołu, bo zapomniałem się i nagle wzięła mnie po niewczesnym powrocie chęć na jakieś ‘House of jealous lovers’, ‘Kurwę na telefon’, ‘Idioteque’ czy coś podobnie żywiołowego. Taki jestem imponująco spontaniczny. Ale nie martwcie się, na więcej mnie nie stać. Tamci ludzie zmuszeni byli wyprowadzić się, bo pomnożyły się dzieci jakoś nagle i już wypadały oknami. A szkoda, dobrzy ludzie byli. Ostatnio dostałem wiadomość, jak to koleżance z dołu brakuje mego śpiewu. Gdyż mam zwyczaj śpiewać podczas pobytu w wannie. Celuję w Queen, bo to zespół, który leci w każdym dworcowym kiblu, więc nie da się go nazbyt sprofanować, a jeśli chodzi o muzykę pop, to profanacji ja się obawiam coraz bardziej. Ze względu na pewną wrodzoną melancholię brzmię jak rwany końmi Robert Smith. Akcent też mam niezgorszy. Tekstów zapominam, zresztą w ogóle tekstów zapominam. Ale za to charyzmy nie można mi odmówić. Tylko - jako się rzekło – publika już nie ta. Nie dzwonią, nie piszą, nie pozdrawiają.

Zawsze wydawało mi się, że mam eklektyczny gust muzyczny. Staram się znać trochę niszowych zespołów folkowych z Kanady, jakichś wyszukanych elektronik z Syberii, punkowych protoplastów z Antarktydy, w ramach alibi dorzucić jakąś Roisin albo Kylie, nie unikać awangardy tak w poważce jak i w jazzie, itd. Tak, by móc potem najebanym szesnastolatkom opowiadać o sobie, a one by mogły nie rozumieć i wychodzić w połowie nie zdania nawet, a słowa, kurwa wasza mać.

Jednak mój gust to jest mały chuj. Jak chuj dajmy na to kreta. Albo chrząszcza. Więc sąsiad słucha muzyki, bo jego sytuacja nie jest najlepsza. Najpierw leci DJ Tiesto, muzyczny odpowiednik niemieckiego niskobudżetowego pornosa z cellulitem i tym czymś, co mi się brzydzi pisać. Potem leci DJ Tiesto, tylko że inaczej się nazywa, ale my przecież wiemy, że to DJ Tiesto w jakimś pobocznym projekcie. Potem leci nowe wcielenie DJ’a Tiesto. Nazywa się to pewnie jakoś inaczej, ale nigdzie nie napisano, że artysta nie ma prawa przyjmować różnych osobowości. Taki MF Doom pisze dissy sam na siebie. To jest prawo artysty, żeby przybierać maski, pozy, wcielenia. Więc po DJ Tiesto leci Abradab ‘Miasto jest nasze’. Ale ja wiem, że Abradab to też DJ Tiesto. Ja nie mam wątpliwości, że nie może być inaczej, kiedy próbuję wreszcie raz kiedyś przeczytać coś ze zrozumieniem, ale szklanka z kawą podskakuje mi na stole i chlupie w ryj. Później leci DJ Tiesto vel DJ Tiesto. Następnie zostaje w Winampie wybrany utwór DJ’a Tiesto w remiksie DJ’a Tiesto (DJ Tiesto edit) i jeszcze krótki live set DJ’a Tiesto z Hiszpanii (23.07.07).

A potem leci Feel. „Jak anioła głos”. Ponieważ każdy ma emocje. Niezależnie od tego jak eklektyczny jest twój gust muzyczny, jak często słuchasz Johna Cage’a, oddajesz się poszukiwaniom rzeczy interesujących, wymagających, czasem ryzykownych – i tak lubisz po prostu dobre piosenki. Piosenki takie, które celną frazą kłują w serce, czy bodaj serducho, tak celnie, że myślisz: Dlaczego na to nie wpadłem! Unikalny wokal też jest w cenie. Liczą się piosenki z melodią po prostu. Po prostu dobre kompozycje. Songwriting, proste teksty.

Mnie najzupełniej nie wadzi sąsiada mego głośne słuchanie muzyki. Skądże. Sam oddaję się temu procederowi. Już nie widzę w tym nic zboczonego. Zwykła, ludzka potrzeba. Jednego się tylko boję. Jeśli mój sąsiad ma nerwy tak zszargane, jakby świadczył rozrzut jego zainteresowań muzycznych, może się to skończyć nieprzyjemnie. Lada dzień może zjawić się z siekierą w moich drzwiach, twierdząc, że wsypałem mu szkła do cukru i w związku z powyższym on mnie teraz pozbawi głowy i czy chcę z lewa czy z prawa. Wiem, co mówię. Mam dość dobry ogląd sprawy. Mam pełną świadomość skąd bierze się tak zwany eklektyczny gust muzyczny.

maj 25, 2008

szukam portfel

Kategoria wpisu: txt — p z @ 5:29 pm

Portfel zgubiłem i trochę pieniędzy i wszystkie dokumenty. Ale ich też było tylko kilka. Zgubiłem go na trzeźwo. Wypada przecież zgubić portfel w czasie upojnej nocy, polując na żubry i tygrysy na cyryla, łowiąc pstrągi w fontannach na starym, w dusznych knajpach szukając skrzynki ze skarbem. Ale na trzeźwo? Przedpołudniem, w słońcu, gdzieś może w drodze ze sklepu? Banał.

Nie było w nim nic takiego, kilka dowodów, na to, że się urodziłem i że żywot pędzę: Poganiam przodem, kilka kroków przede mną, kopiąc w dupę raz po raz, kiedy włazi pod nogi. Teraz uciekł żywot. Jestem trupem wśród żywych trupów.

z
Applehead Factory Tofu the Vegan Zombie. Kup!

Nie ma portfela, nie ma dowodów rzeczowych. Znaleźliby trupa, nie wiedzieliby co z nim zrobić.
Mnie nie ma, nie nazywam się. Na imię? Na imię nie mam, rodzice umarli, znajomi nie poznają. Proszę spojrzeć w telefon. Ja w telefonie mam numery wymyślone, po trzy na każdą literę alfabetu. Przecież formalnie nie żyję. Przecież nie zajmuję formalnie miejsca w tramwaju i na ulicy. Ja formalnie nie zużywam waszych chodników. Pan Zwłoki.

Ostatnio leciał ‘Świt żywych trupów’. Wybitne kino. Bohaterowie mają autocelowanie. Nawet zdychający gość ciągnięty przez ciemny tunel strzela z dwóch gnatów naraz i za każdym razem zalicza headshota.

Ale nie to jest najlepsze w filmach o zombiakach i wymarłych miastach, ale oczywiście to, że można wejść wszędzie bez żadnych konsekwencji. Do wszystkich sklepów i tak dalej. Obeżreć się ulubionymi batonikami, aż wychodzi bokiem. Motyw znany i lubiany. U Romera była taka wyborna estetycznie scena, że sobie urządzają pokoik w supermarkecie. Była to chyba scena symboliczna. Sceny symboliczne mają to do siebie, że nie wiadomo, co o nich powiedzieć i nie pasują do reszty filmu.

Zgubienie portfela to też oczywiście scena symboliczna. Dlatego tak krążę. Możecie mi zazdrościć. Niepotrzebnie. Wcale nie mam ochoty na te pieprzone batoniki. Mam ochotę pójść zupełnie gdzie indziej. I portfel nie ma tutaj nic do rzeczy.

Starsze wpisy »

Blog at WordPress.com.