fabryka

czerwiec 25, 2008

wściekły pies

Kategoria wpisu: książki — p z @ 12:42 przed południem

Będzie czarno:

wp

Wspominam tutaj o książkach kiedy mi się chce, a zazwyczaj mi się nie chce. Tym razem jednak czuję się zobowiązany zapisać to doświadczenie w moim dzienniczku. Proszę czytać Tochmana ‘Wściekłego psa’. Jest to proza waląca między oczy opowiadanymi historiami, ale przede wszystkim dręcząca podskórnie, dzięki robocie czysto literackiej. Ale to nie ćwiczenia z poetyki. Zaiste osobliwą przyjemnością obserwować, jak zza pierwszego planu, na którym dominuje polska wieś raczej mało spokojna i niewesoła, ze zwyczajnego reporterskiego mięsa, błyska co chwila odpowiedź na to pytanie: a skąd zło? A znikąd. Bo to cecha, zasada, właściwość, a nie diabeł z widelcem i ogonem, czy jeden Zły Człowiek. Tochman przyłapuje to zło na jego okrutnych zabawach, bezczelnie uśmiechnięte i pewne swego. Jak wiecie, ostatnio wciągam horrory, a jak nie wciągam to nimi myślę. Ale im dłużej to trwa, tym bardziej dorabiam sobie, szukam w tej konwencji jakiejś ścieżki do piekła. Tego tutaj. Zastanawiałem się jak można realnie przerazić książką. Otóż widać można. Zresztą niezwykle intensywny tekst ‘Więzień’, o jak najbardziej realnym opętaniu i tekst o odpychającym, kabotyńskim, ale i tragicznym T. Beksińskim, przywołują ten klimat, ale biorą cię za łeb i pokazują: zło jest tu, tu i tu. W ‘Dziecku Rosemary’ też nie było szatana. Było wysprzątane mieszkanko i kłamstwa. Historie są osobne, ale układają się w spójną opowieść, wszystkie łączą te same wątpliwości i emocje. Chociażby strach. To główny motyw działania bohaterów Tochmana. To ze strachu rodzi się zło. Najpierw jest los, którego tylko z przyzwoitości nie piszę z dużej, robi się źle. Potem jest strach i robi się jeszcze gorzej. A potem jest jeszcze większy strach i robi się jeszcze gorzej. Wszyscy pójdziemy do piekła. Ale przecież współczujesz im wszystkim, ty do piekła nie pójdziesz. Czytasz jeszcze ostatni tekst ‘Amen’ i twoje współczucie zamienia się we wstręt. I bądź tu mądry, świętoszku.

maj 14, 2008

snerg

Kategoria wpisu: książki — p z @ 12:02 przed południem

Widzicie, wydali Snerga na poważnie. Tak, że aż wstyd czytać takie coś w tramwaju, żeby nie dostać po mordzie.

robot

Książkę nabyłem w wydaniu kamuflażowym, tandetnym, w zamierzchłych czasach, kiedy czytałem wyłącznie fantastykę. Wtedy jej nie zdzierżyłem. Dwa razy próbowałem i dwukrotnie spasowałem przy rozdziale o pokoju cieni. No i ostatnio te dwa razy nadrobiłem, bo próbuję dzięki temu zostać wyżej wykształcony (pomyślci o ruchach nakręcanego bączka). Ale zwalniałem w tym samym miejscu.

Jest to wielka książka. Uwielbiam ją. Nienawidzę jej.

Zarzuty mogę wymienić jednym tchem: Szczególny rodzaj doskonałości: doskonałość do zarzygania zimna, odpychająca, irytująca. Tak sobie myślę, że to może specyfika prozy obsesyjnej. Proza obsesyjna ma pewne wady konieczne. Narracja Snerga męczy. Postaci nie posiadają właściwie jakichkolwiek cech. Chodzące manekiny. Można to jakoś wytłumaczyć w końcu to roboty, a książka jest transmisją z alienacji. Ale równocześnie jest to niemoc – konieczna oczywiście. Szczegółowe opisy usytuowania przedmiotów w przestrzeni, precyzyjny opis operacji dokonywanych na tychże przedmiotach, żmudne obliczenia przeprowadzane przez bohatera, rozwlekłe opisy chwili obecnej i towarzyszące im dywagacje, tłumaczące działania bohatera, niechęć do lakoniczności i opętańcze wręcz wypisywanie wszystkiego co wyświetla się na siatkówce oka – to nie wszystkie uchybienia, z które chce się książką rzucać.

Ale zarazem jest to tekst zagnieżdżający się pod czaszką. Po pierwsze – wiara faceta w stworzoną przezeń Teorię Nadistot i jej oryginalność. Wiele (ton wywiadów przed wszystkim) wskazuje na to, że w nią wierzył, a w każdym razie traktował poważnie. Pomysł na ‘miasto relatywistyczne’. Wyobraźcie sobie niby-zatopione miasto w którym trzy godziny waszego czasu to sekunda czasu jego mieszkańców. Wyobraźcie sobie, że to wasza przeszłość. Być może wasza. Wyobraźcie sobie, że jesteście robotem, bywającym człowiekiem. Choć dopuszczacie również możliwość, wszczepienia waszej jaźni w obce ciało. Że nie możecie przestać myśleć o Mechanizmie. Że są niematerialne istoty, które żywią się naszymi umysłami, jak my żywimy się mięsem, a rośliny minerałami. Że miasto zostało wyrwane wraz ze schronem,w którym miotacie się w kleszczach jakiejś absurdalnie zawikłanej i niezrozumiałej intrygi, gubiąc się w labiryntach korytarzy, labiryntach zdań i labiryntach swoich domniemań i fizycznych przeliczeń; i że wraz z tym miastem zmierzacie na stół operacyjny kosmitów. Wiecie, że wszystko jest zapisane w górze, macie na to dowody wynikające z kwantowej teorii czasu, ale do końca macie też przecież wrażenie, że sami sterujecie swoim losem. Wyobraźcie sobie w końcu odłączenie umysłu od ciała, jako skutek ewolucji i masowej konsumpcji zarazem. Jak widać - żonglerka motywami sci-fi, ale bez żadnej zabawowości. Wszystko ułożone w spójną, paranoiczną (ale uniwersalnie, wręcz metafizycznie, a nie, że ‘oni chcą mnie zabić’) wizję rzeczywistości, której się na moment zawierza. I wiele więcej.

Jak dla mnie Snerg byłby pisarzem z potencjałem kultowości, postacią i osobliwością, materiałem na bożyszcze dziwaków. Nie będzie, bo czyta się go źle. Widziano w nim drugiego Lema, ale pomylono się. ‘Według łotra’ i ‘Nagi cel’ to książki podobne – męczące, ale robiące kuku. Dużo, dużo słabiej jednakowoż. Przy ‘Arce’ odpuściłem, krzyczałem, chciałem skreślać, ale wrócę. Wygląda na to, że gość stopniowo zjeżdżał po równi pochyłej, fiksował, skończył odrzuconym przez gremia naukowe dziełkiem, tłumaczącym WSZYSTKO, a później w ogóle to wszystko skończył i się powiesił. Znowu. Później mu jeszcze wyciągali z szuflady.

styczeń 2, 2008

wszystko jest konieczne

Kategoria wpisu: książki — p z @ 12:55 przed południem

Dobry wieczór. Ja pragnę tylko przypomnieć, że poza tym, że lubimy sobie poczytać, pośmiać się sobie z różnych historyjek i powygłupiać, że czasem sobie czytamy na zamulenie, żeby nie myśleć, że trzeba iść do dentysty, albo jak ktoś ma sukces i mu zazdrościmy, albo chcemy mieć przygodę, i że czasem nas wzrusza jak to znakomicie napisane albo i całkiem piękne, to istnieją jeszcze pradawne sposoby lektury znane jeno najstarszym (a może właśnie najmłodszym) gierojom światowego czytelnictwa. A polegają one na tym, że się proszę państwa nie czyta i zażera czipsy, a odprawia modły, macha łbem jak Żyd przy Ścianie Płaczu, że uszy pieką, że tchu braknie, że odwodnienie niechybnie grozi. Bywa, panie, bywa.

Mam taką teorię, że książki odbiera się także innymi częściami ciała niż mózg. One się nie wykluczają, ale zawsze jedna dominuje. Na przykład brzuchem, te śmieszne. Albo penisem, penisem to ostatnio Kornagi ‘Gangrenę’ odebrałem. I też trochę podbrzuszem. Niezłe. Albo skronią. Są książki tak precyzyjne, że skroń trzaska i nie mam na myśli tylko kryminałów, wiecie. Albo woreczkiem żółciowym, przy czym jak woreczek żółciowy pracuje, to dobrze. To ostatnio np. ‘Absolutną amnezja’, trochę mnie momentami nawet ukłuła, ale naprawdę trochę, bo jestem już raczej urobiony. Czytałem ją też trochę nosem. Ale to nie jest tak, że jak książka jest zła to woreczek żółciowy pracuje, żeby była jasność. Jak jest zła, to się nie czyta. Czasem czyta się żołądkiem, jak jest w niej dużo żarcia albo mało żarcia. Wiecie. Widzicie też, że jestem oczytany. Kiedy ja naprawdę znam może trzy książki więcej poza tymi, które tu wymieniłem. Ale bardzo mi miło, że ktoś tak myśli. To dlatego, że nigdy nie miałem dziewczyny. Ale, ale, właśnie chciałem przypomnieć, że są jeszcze książki, które czyta się sercem. Nie, nie wydaje mi się to śmieszne. Mówię całkiem poważnie. Wiem, że tak jest napisane w blurbie. Nie pracuję dla nich.

przeprawa
(przeprawa, cormac mccarthy)

Takie książki nie są krotochwilką do wanienki. One są doświadczeniem. I tak jak mówiąc o doświadczeniu w rzeczywistości, możesz opisać co najwyżej towarzyszące mu wydarzenia, i nigdy nikomu nic więcej nie powiesz (ja to może powtórzę, bo przez to ludzie płaczą: nigdy nikomu nic więcej nie powiesz), tak mówiąc o niej możesz powiedzieć o takich pierdołach: Transowość, balsamiczny odrealniony styl i realistyczny szczegół, przepiękna historia, doskonałe proporcje; ilość zdań będących naturalną konsekwencją opowieści, a zarazem tak uniwersalnymi prawdami, że czujesz światło nad głową; ukochana sceneria; w temacie chwytania bytu za jaja - dokładnie to co wiadomo, ale nie wiadomo jak to powiedzieć. Powinienem ją tutaj w hołdzie przepisać. Zdanie po zdaniu. Jeszcze stosunkowo łatwo się egzaltuję, ale naprawdę przez takie książki robi się tatuaże. To jest jak najlepsze kawałki Modest Mouse. W przekazie i sile. To dużo. Serio.

grudzień 2, 2007

druga książka jaką ukradłem

Kategoria wpisu: książki, txt — p z @ 4:07 pm

Druga, a może ósma, książka jaką ukradłem to ‘Zaproszenie na egzekucję’ Nabokova. ‘Zaproszenie’ zwinąłem z filii Raczyńskich przy rynku. Wiem, okradanie instutucji użyteczności publicznej jest złe, choć społeczna szkodliwość tego czynu nie jest chyba zbyt wysoka i do więzienia bym nie poszedł.

To było proste. Filia jest duża i ma dużo zakamarów. Mógłbym wynieść wiele więcej, ale nie mam już serca. Tam jest dużo dobrych książek z literatury światowej. Czyn był tym bardziej podły, że wcześniej tę książke wypożyczyłem, przeczytałem i bardzo się zachwyciłem. Pamiętam tylko pająka. Chciałem ją mieć. Położyć sobie. Oddałem, wypożyczyłem niebieskie ‘Opowiadania’ tegoż autora, przeczytałem kilka, oddałem i przy oddawaniu zwinąłem ‘Zaproszenie’ oraz wypożyczyłem bodajże ‘Pnina’. Albo co innego. Dużo wtedy czytałem tego autora. Myślę że pani wiedziała, kto to zrobił. Patrzyła znacząco, kiedy znowu się tam pojawiłem, ale nic nie powiedziała, bo jestem wysokim mężczyzną, mam parszywy ryj, kobiece usta i duży nos, którym mógłbym ją wciągnąć. To jej spojrzenie mnie poruszyło, myślałem nawet, żeby potajemnie podrzucić tę książkę na półkę. Bycie szlachetnym wymaga jednak wysiłku, a tego nie kocham, chyba że chodzi o pieniądze.

Teraz czytam trochę mniej, bo pani przedszkolanka powiedziała, że jak nie będę leżakował, to powie mamie. Szczególnie mniej zażywam takiej literatury pięknej, bo chcę się także czegoś dowiedzieć o świecie. Nade wszystko jednak cenię sobie kontakt fizyczny z książką. Wcześniejsza platoniczna miłość do literek przerodziła się w wyrachowane, erotyczne gry i zabawy. Piękne są grzbiety okładek twardych i matowych, wypukłe, gładkie i zgrabne. Gładzenie ich palcem daje mi dużo radości. Pięknie są grzbiety starych wydań kieszonkowych, wytarte, włochate, idealne do skubania paznokciami i wargami. Takie jest właśnie to ‘Zaproszenie’. Brudne w dotyku, małe, upodlone i posłuszne dłoniom.

Póki co nie czytam książek dwukrotnie. Może przyjdzie na to czas. Odkładam je sobie. Nie mam jakoś dużo. Wiele zaginęło w wichrach historii. Jeszcze nie da się z nich zbudować igloo. Ten projekt nęci. Igloo z książek na środku pokoju. W środku palenisko i garnek z zupą. Dużo czosnku na wampiry.

listopad 24, 2007

pierwsza książka jaką ukradłem

Kategoria wpisu: książki, txt — p z @ 9:33 pm

Pierwszą książką jaką ukradłem, była ‘Gra Endera’. Miałem wtedy kilkanaście lat. O ‘Grze Endera’ przeczytałem w ‘Nowej Fantastyce’, w wywiadzie z O. S. Cardem. Tydzień przed skokiem poszedłem do empiku i długo oglądałem książki. Rozpracowałem system kamer i strażników. Rozrysowałem ich sobie na kartce w kratkę. Kratka odpowiadała jednemu metrowi. Przez tydzień pracowałem nad planami zdobycia książki. Miałem 5 planów. Nazwałem je plan A, B, C, D, i plan ‘Masakra w Choluli’. Tego ostatniego nie brałem raczej pod uwagę, jedynie w ostateczności. Polegał on na wycięciu w pień wszystkich pracowników empiku za pomocą scyzoryka i ucieczce kanalizacją miejską w kierunku Cytadeli. Agression 98%. Stealth 0%. Ostatecznie wszystko odbyło się wg planu A. Paznokciem zdrapałem ten zabezpieczający drucik w okolicach trzysetnej strony. Wiedziałem gdzie był, również dzięki wcześniejszemu rekonesansowi. Później niby coś sprawdzam w plecaku i gotowe. Wychodzę, mijam strażnika i wcale nie trzęsie mi się dolna warga, wcale się nie pocę.

Teraz uwaga, bo będę zdradzał zakończenie, a niedługo wychodzi film, więc na własną odpowiedzialność proszę. Niewiele rzecz jasna z tej książki pamiętam. W moim marnym pojęciu istnieje ona jako przykład idealnie skrojonej literarury młodzieżowej, ale podejrzewam, że mylę się bardzo i że tam jest jakaś przypowieść o władzy albo coś. Powieść traktuje o chłopaczku, będącym materiałem na geniusza militarnego, którego panowie generałowie biorą na szkolenie, bo światu zagrażają kosmici i potrzebny jest genialny strateg. W finale okazuje się, że wszystko zostało zaplanowane, a ćwiczenia na symulatorze, czyli tytułowa ‘Gra Endera’ przekładały się na realne ruchy wojsk w kosmosie. Takie jaja. Jak wiadomo młodzieńcy grają w RTSy i jest to czynność ważna dla losów świata. Jak wiadomo każdy dojrzewający młodzieniec utożsamia się z ludźmi genialnymi, nieco później przychodzą tak ryzykowne poznawczo pomysły, jak próba utożsamienia się ze szmatą do podłogi. Tak więc Ender staje się przyjacielem młodego czytelnika z automatu. Niejako. I moim się stał. Doskonale pamiętam motyw, który dodawał mi wielkiej otuchy na niesławnej krętej i ciernistej ścieżce życia. Mianowicie Ender uczestniczy w jakimś obozie szkoleniowym i jako prymus traktowany jest lepiej niż inni uczestnicy. Co ze strony rówieśników powoduje wykluczenie, ostracyzmy - sryzmy, szykany, kocówę i podkładanie nóg w stołówce. Czyli standardowe problemy dojrzewania. Później okazuje się, że był to genialny spisek, majstersztyk psychologów, którzy chcieli gościa zahartować, przygotować mu nerwy do starcia z kosmitami. Tak to pamiętam, pewnie wszystko pomyliłem. W każdym razie – bardzo to było budujące. Wielokrotnie to sobie wspominałem, myśląc o różnych biednych ludziach i sprawach. Podejrzanie rzadko dopuszczałem tę prostą myśl, że jeśli ktoś jest powszechnym pośmiewiskiem, to pewnie skończony z niego debil i frajer. Całe to miłosierdzie, mam do tego słabość.

Starsze wpisy »

Blog at WordPress.com.