control i inne
Na skutek tymczasowej śmierci cywilnej wziąłem się za filmy. Jeśli na jakiś czekałem, choć czekanie na jakikolwiek film wydaje mi się mocno podejrzane, był to ‘Control’. Z grubsza wiedziałem, czego się spodziewać. Smutny Ian chodzi w prochowcu po czarnobiałym ekranie, pali fajki, Manchester bardziej manchesterski od samego siebie i poza tym pocztówki: koncert Sex Pistolsów, miłość, dziecko, Tony Wilson, kilka sławnych gigów, wieszanko, muzyka, muzyka jest najlepsza. Ale nie bądź taki pan wycofany krytyk. Łezka się w oku kręci, bo rzecz nakręcona smacznie, z uszanowaniem ciszy, zagrana wręcz wyśmienicie. Jakoś tam kojarzy się ‘Wojaczkiem’. Chyba tak powinno się robić filmy o ludziach zakażonych tym ścierwem. Bez zbędnego komplikowania, dać głos ich dziełu i powoli do finału. Plus abstrahując od legendy, sam motyw epilepsji - znak utraty kontroli, piętno, które przypałętało się na porodówce i teraz sobie to miej, tańcz sobie; transcendencja, na którą są pigułki. To się podoba szalenie, jak się na to patrzy zza szyby. Panie Curtis, pan jest mitem większym niż pieprzony Prometeusz. Dobrze, że pan tego nie widzi. Z filmu dowiemy się także, że Martin Hannett wcale nie był tłuściochem, jak pokazano to w ‘24 Hour Party People’.
Muzycznie staram się minimalizować doznania: Deadbeat - ‘Wild Life Documentaries’. Temat słabo mi znany, więc słucham sobie i dziwię się jak wiele dobra da się wyciągnąć z niby nudnej dubowej motoryki. A słucham pod słówka. Jednak czytanie stało się u schyłku tego przeklętego roku czynnością bez mała religijną, więc nawet nie wypada o tym mówić.
