pierwsza książka jaką ukradłem
Pierwszą książką jaką ukradłem, była ‘Gra Endera’. Miałem wtedy kilkanaście lat. O ‘Grze Endera’ przeczytałem w ‘Nowej Fantastyce’, w wywiadzie z O. S. Cardem. Tydzień przed skokiem poszedłem do empiku i długo oglądałem książki. Rozpracowałem system kamer i strażników. Rozrysowałem ich sobie na kartce w kratkę. Kratka odpowiadała jednemu metrowi. Przez tydzień pracowałem nad planami zdobycia książki. Miałem 5 planów. Nazwałem je plan A, B, C, D, i plan ‘Masakra w Choluli’. Tego ostatniego nie brałem raczej pod uwagę, jedynie w ostateczności. Polegał on na wycięciu w pień wszystkich pracowników empiku za pomocą scyzoryka i ucieczce kanalizacją miejską w kierunku Cytadeli. Agression 98%. Stealth 0%. Ostatecznie wszystko odbyło się wg planu A. Paznokciem zdrapałem ten zabezpieczający drucik w okolicach trzysetnej strony. Wiedziałem gdzie był, również dzięki wcześniejszemu rekonesansowi. Później niby coś sprawdzam w plecaku i gotowe. Wychodzę, mijam strażnika i wcale nie trzęsie mi się dolna warga, wcale się nie pocę.
Teraz uwaga, bo będę zdradzał zakończenie, a niedługo wychodzi film, więc na własną odpowiedzialność proszę. Niewiele rzecz jasna z tej książki pamiętam. W moim marnym pojęciu istnieje ona jako przykład idealnie skrojonej literarury młodzieżowej, ale podejrzewam, że mylę się bardzo i że tam jest jakaś przypowieść o władzy albo coś. Powieść traktuje o chłopaczku, będącym materiałem na geniusza militarnego, którego panowie generałowie biorą na szkolenie, bo światu zagrażają kosmici i potrzebny jest genialny strateg. W finale okazuje się, że wszystko zostało zaplanowane, a ćwiczenia na symulatorze, czyli tytułowa ‘Gra Endera’ przekładały się na realne ruchy wojsk w kosmosie. Takie jaja. Jak wiadomo młodzieńcy grają w RTSy i jest to czynność ważna dla losów świata. Jak wiadomo każdy dojrzewający młodzieniec utożsamia się z ludźmi genialnymi, nieco później przychodzą tak ryzykowne poznawczo pomysły, jak próba utożsamienia się ze szmatą do podłogi. Tak więc Ender staje się przyjacielem młodego czytelnika z automatu. Niejako. I moim się stał. Doskonale pamiętam motyw, który dodawał mi wielkiej otuchy na niesławnej krętej i ciernistej ścieżce życia. Mianowicie Ender uczestniczy w jakimś obozie szkoleniowym i jako prymus traktowany jest lepiej niż inni uczestnicy. Co ze strony rówieśników powoduje wykluczenie, ostracyzmy - sryzmy, szykany, kocówę i podkładanie nóg w stołówce. Czyli standardowe problemy dojrzewania. Później okazuje się, że był to genialny spisek, majstersztyk psychologów, którzy chcieli gościa zahartować, przygotować mu nerwy do starcia z kosmitami. Tak to pamiętam, pewnie wszystko pomyliłem. W każdym razie – bardzo to było budujące. Wielokrotnie to sobie wspominałem, myśląc o różnych biednych ludziach i sprawach. Podejrzanie rzadko dopuszczałem tę prostą myśl, że jeśli ktoś jest powszechnym pośmiewiskiem, to pewnie skończony z niego debil i frajer. Całe to miłosierdzie, mam do tego słabość.