fabryka

listopad 24, 2007

pierwsza książka jaką ukradłem

Kategoria wpisu: książki, txt — p z @ 9:33 pm

Pierwszą książką jaką ukradłem, była ‘Gra Endera’. Miałem wtedy kilkanaście lat. O ‘Grze Endera’ przeczytałem w ‘Nowej Fantastyce’, w wywiadzie z O. S. Cardem. Tydzień przed skokiem poszedłem do empiku i długo oglądałem książki. Rozpracowałem system kamer i strażników. Rozrysowałem ich sobie na kartce w kratkę. Kratka odpowiadała jednemu metrowi. Przez tydzień pracowałem nad planami zdobycia książki. Miałem 5 planów. Nazwałem je plan A, B, C, D, i plan ‘Masakra w Choluli’. Tego ostatniego nie brałem raczej pod uwagę, jedynie w ostateczności. Polegał on na wycięciu w pień wszystkich pracowników empiku za pomocą scyzoryka i ucieczce kanalizacją miejską w kierunku Cytadeli. Agression 98%. Stealth 0%. Ostatecznie wszystko odbyło się wg planu A. Paznokciem zdrapałem ten zabezpieczający drucik w okolicach trzysetnej strony. Wiedziałem gdzie był, również dzięki wcześniejszemu rekonesansowi. Później niby coś sprawdzam w plecaku i gotowe. Wychodzę, mijam strażnika i wcale nie trzęsie mi się dolna warga, wcale się nie pocę.

Teraz uwaga, bo będę zdradzał zakończenie, a niedługo wychodzi film, więc na własną odpowiedzialność proszę. Niewiele rzecz jasna z tej książki pamiętam. W moim marnym pojęciu istnieje ona jako przykład idealnie skrojonej literarury młodzieżowej, ale podejrzewam, że mylę się bardzo i że tam jest jakaś przypowieść o władzy albo coś. Powieść traktuje o chłopaczku, będącym materiałem na geniusza militarnego, którego panowie generałowie biorą na szkolenie, bo światu zagrażają kosmici i potrzebny jest genialny strateg. W finale okazuje się, że wszystko zostało zaplanowane, a ćwiczenia na symulatorze, czyli tytułowa ‘Gra Endera’ przekładały się na realne ruchy wojsk w kosmosie. Takie jaja. Jak wiadomo młodzieńcy grają w RTSy i jest to czynność ważna dla losów świata. Jak wiadomo każdy dojrzewający młodzieniec utożsamia się z ludźmi genialnymi, nieco później przychodzą tak ryzykowne poznawczo pomysły, jak próba utożsamienia się ze szmatą do podłogi. Tak więc Ender staje się przyjacielem młodego czytelnika z automatu. Niejako. I moim się stał. Doskonale pamiętam motyw, który dodawał mi wielkiej otuchy na niesławnej krętej i ciernistej ścieżce życia. Mianowicie Ender uczestniczy w jakimś obozie szkoleniowym i jako prymus traktowany jest lepiej niż inni uczestnicy. Co ze strony rówieśników powoduje wykluczenie, ostracyzmy - sryzmy, szykany, kocówę i podkładanie nóg w stołówce. Czyli standardowe problemy dojrzewania. Później okazuje się, że był to genialny spisek, majstersztyk psychologów, którzy chcieli gościa zahartować, przygotować mu nerwy do starcia z kosmitami. Tak to pamiętam, pewnie wszystko pomyliłem. W każdym razie – bardzo to było budujące. Wielokrotnie to sobie wspominałem, myśląc o różnych biednych ludziach i sprawach. Podejrzanie rzadko dopuszczałem tę prostą myśl, że jeśli ktoś jest powszechnym pośmiewiskiem, to pewnie skończony z niego debil i frajer. Całe to miłosierdzie, mam do tego słabość.

listopad 14, 2007

kto zabił fryderyka szopena, część 2.

Kategoria wpisu: muzyka, tvc15 — p z @ 12:21 przed południem

Wreszcie jakiś mały geniusz wrzucił tę piosenkę oraz cały koncert. Przy odsłuchu terenowym utwór ten zamienia człowieka idącego ulicą w monstrum na dwóch kołach o średnicy 5 metrów. Pochodzi z ‘Songs for Drella’. Przy czym niniejsze wykonanie wydaje się jedynie słusznym. Kiedy obejrzałem to po raz pierwszy na TVP Kulturze miałem ciary jak pioruny i przez miesiąc broniłem abonamentu jak lew. Może powtórzą.
Gińcie.

listopad 12, 2007

60-lecie symfonii orkiestry sonaty filharmonii poznańskiej, koncert marszałkowski

Kategoria wpisu: muzyka, tvc15, txt — p z @ 12:19 przed południem

A dzisiaj byłem na orkiestrze z okazji 60-lecia symfonii orkiestry poznańskiej, bo dostałem bilet za darmo od koleżanki, bo ona nie mogła pójść, więc poszedłem z inną koleżanką, bo co ma się zmarnować. Ja lubię koleżanki. Różnica płci zapewnia przyjemny dystans. W ogóle kobiety są kulturalne, warto z nimi przebywać.

Dawno nie byłem w tym wielkim budynku. Chyba ze 4 lata. Było tam dużo ładnie ubranych ludzi. Laski rozdawały rogale. Malina wzięła, ja nie wziąłem, bo mam odruch, że najpierw mówię nie dziękuję, a potem żałuję, ale głupio mi wrócić. Byli też politycy i jeden, wicemarszałek, mówił że pamiętamy o grobach zmarłych za niepodległość. Zagrali hymn i wszyscy staliśmy. Marszałek w niebie podkręcał wąsa. Był to jeden z ciekawszych momentów. Potem filharmonia grała różne inne utwory muzyczne. Na przykład Moniuszki uwerturę do ‘Bajki’. Zupełnie mi się ten utwór nie podobał, był jakiś taki zbyt przyjemny, jakieś takie kolorowe, słodkie pierdzenie.

Później był Szopen, Polak. Szopena ja słucham czasem. Mam nagraną płytę Polliniego z sonatami. Pollini wygrał konkurs chyba w latach sześćdziesiątych. Jak tworzę arcydzieła polskiej nowelistyki, które nie wytrzymują próby czasu (dwa tygodnie) i okazują się trochę mniejszymi arcydziełami, to sobie to czasem włączę, żeby nie pisać tylko o nieporozumieniach między ludźmi, ale również o Polsce, czyli nieporozumieniach między ludźmi w większej skali. Pisanie o Polsce jest powinnością. Teraz sobie takie coś dłubie. Ale dłubię już powolutku. Już mi się nigdzie nie śpieszy. Ja już nic nie muszę. Powoli się chyba też wyrabiam. Wierzcie lub nie. Spierdalaj.

No i ten Szopen, koncert któryś-tam, opus chyba 56. Była to dosyć ciekawa interpretacja, w pierwszej i drugiej części pianista postawił na podkreślenie apollińskiego aspektu kompozycji, od części trzeciej jął uderzać w ton dionizyjski, chociaż końcówki czwartej części nie słyszałem, bo zadzwonił kuzyn i pytał czy nie mam ‘Ojca Chrzestnego’ na płycie i kiedy się w końcu napijemy. Mówiłem, że ostatnio nie piję, bo na kacach gotów jestem skoczyć z okna, ale partyjkę w tę planszówkę ekonomiczną chętnie bym kiedyś uciął.

Nie wiem, Szopen niby potęga, momentami naprawdę kopie dupę, a właściwie tylko drugi track mi się podobał i się wzruszyłem. Pozostałe niezbyt. Jakoś bez energii. Może kwestia miejsca, bo byliśmy na balkonie i trochę wiało. Można za to było patrzeć na ludzi na dole jak mają łyse. Było widać żyrandole i Malina się dziwiła czemu są w takich siatkach. Żeby ludziom chyba nie pospadały na te łyse głowy. Poza tym byłem na lekach przeciwko grypie, a to dla mnie nie lada gnój. Dla mnie lekki katarek to jest panika i czaszki przed oczami. Jak wezmę Grypolek - taka podróba Gripexu (nie kupujcie reklamowanych lekarstw! nie kupujcie reklamowanych lekarstw!) - to się z kolei wczuwam, że jestem naćpany, nieświadomy, odklejony itp. Potem była przerwa i poszliśmy na kawę. Też znowu nie piłem, bo jeszcze by mi się zachciało siku w trakcie koncertu i co. Zawsze mi się zachciewa w kinach, teatrach i tak dalej. Toteż wolę nie chodzić. W domu zawsze można włączyć pauzę i iść się wysikać. Jak siedzieliśmy na tej kawie, to Malina mi pokazała nazwisko w komórce: Karlheinz Stockhausen. Kojarzy mi się, ale możliwe, że kojarzę z kimś innym sławnym o takim nazwisku, np. wynalazcą pierwszych parowozów. Ona mówiła, że jak się widzi jego nutki i się słyszy to jest to bardzo dziwne, że tak to można zagrać. Czy mówię jasno. Ja w każdym razie nutek ni w ząb, ale chciałbym posłuchać tego Stockhausena.

Potem był Ludwik Van, piątka. To przecież wymiata straszliwie, ale mnie jakoś nie mogło ruszyć. Chyba pop zeżarł moją duszę. Nie ma się co oszukiwać. Chociaż czasem, bardzo czasem, potrafię się przy poważce na serio rozłożyć. Jak wreszcie stamtąd wyszliśmy i przechodziliśmy między straganami z oscypkami i takimi wielkimi pierogami, a na scenie grała jakaś kapela góralska, to się w końcu rozluźniłem i chyba wyszło coś na kształt rozmowy. Strasznie ostatnio jestem skołowany. Znowu słucham Sunny Day Real Estate, bo przy tych skowytach to każdy wychodzi na ostoję harmonii. I taki dzisiaj odłamek złapałem w czapkę. Mam też wiele innych ciekawostek.

ps.
OK. Tak naprawdę Szopena zabili tacy goście:

listopad 9, 2007

.

Kategoria wpisu: txt — p z @ 1:42 przed południem

Bomba w piwnicy wybuchła wiele miesięcy temu i nadal nie przestaje wybuchać. Poważny przestój dramaturgiczny w samym środku eksplozji. Nawet ten gej anioł stróż i jego wielki gadający wóz strażacki ze srebrną sikawką uznali że alarm odwołany. Z braku siatki na motyle złożył czapkę na kolanach i czeka aż odłamki zaczną spadać. Ma zamiar łapać co większe. 911 was inside job.

listopad 4, 2007

popo

Kategoria wpisu: muzyka — p z @ 2:30 pm

Punkt pierwszy. Wszyscy twardzi mężczyźni dystansują się od wszelkich przejawów emo, gdyż emo jest obelgą popularną, nie można być miękkim, modnym i nosić tych grzywek. Nie wolno. Wszyscy mają być jak generał Patton: ‘A kiedy zdobędziemy Berlin osobiście zastrzelę tego skurwysyna malarza pokojowego Hitlera. Tak jak zabija się węża’. Dobra, to mamy już załatwione. Ja nigdy nie ukrywałem swoich sentymentalno-czułostkowo-wrażliwcowych inklinacji. Fuck off, amerykańskie białasy, Europa cierpi i umiera, my tu mamy młodzieżowe piekło. Sufit, nazwy leków, ulice porośnięte opryszczką. Jeszcze trochę i wrócę do Cortazara, kupię sobie długi szal w paski i zacznę grać w noża na przedramieniu.

Punkt drugi. Ostatnio byłem na koncercie Popo, a byłbym nie poszedł, gdyby nie piątkowa bezwolność. Dobrzy chłopcy. Koncert był krótki i wokal momentami za bardzo ginął, ale może tak miało być, w każdym razie duch shoegazingu się unosił, ściany już nie tyle gitarowe, co klawiszowe i laptopowe, percepcja się przegrzewa. Co by nie powiedzieć, jeden z moich ulubionych sposobów grania. Echa ech ech. Z właściwą biegunką myślową zwykłem w tym widywać celną metaforę poznawczą. No przepraszam, są gorsze nałogi.

Punkt trzeci. Płytka. Nie ma na ich profilu ‘Run’, ostatniego kawałka z EP-ki ‘Sweet cotton’, może wrzucą z czasem. Powiadam, to jak pan tam krzyczy brzmi prosto i doniośle. Słucham tych pięciu kawałków w kółko i chciałbym mieć dosyć, ale wyjątkowo trafiło w czas i miejsce.

Punkt czwarty. Ze starszych Popobed dla przykładu.

Starsze wpisy »

Blog at WordPress.com.