siódmy album studyjny tej popularnej grupy rockowej
Muszę to sobie wrzucić:

Może siódmy album studyjny tej popularnej grupy rockowej, to dobry moment, żeby nawrócić się do bloga i znowu coś tu poskrobać. Minęło już kilka dni od tej dziwnej premiery i właściwie już wszystko wszyscy napisali. Teraz można się tylko opowiedzieć po tej, czy tamtej stronie. Ja jestem z tych, co to mówią, że płyta jest bardzo dobra, bardzo dobre piosenki, a album sobie jest. Te cztery lata od ‘Hail to the thief’, które posiadam w tzw. wersji stadionowej (tak, brałem kiedyś udział w tym procederze, przepraszam, to przeze mnie twój przyjaciel wpadł w narkotyki, poza tym nie ma u nas żadnego stadionu), upłynęły już raczej w spokoju. Już nie czekałem jak kiedyś. W końcu ile można. Naprawdę ich swego czasu zarżnąłem. Naprawdę staram się być spokojny i słuchać spokojnej muzyki.
Teraz wrócili i się zastanawiam, czy to już dinozaury, czy nie, ale nie pozwalam sobie na odpowiedź. Wg metacritic.com wychodzi, że zebrali universal acclaim. Paul Morley się wozi. W ogóle miałem nie czytać nic na ten temat, co jednak mogę poradzić – recenzja muzyczna to chyba mój ulubiony gatunek literacki. Zaraz po piosence.
Więc co. Nawet podoba mi się ta płyta. Jest miła i wręcz relaksująca. Chyba najbardziej seksowna ze wszystkich. Przy ‘Reckonerze’ odpadłem na tyle, że uważałem jakiś czas, że to jest ten moment, kiedy w dwukilometrowym błędnym równaniu znajdujesz minusik, który miał być plusem, dorysowujesz pionową linię. Tak myślałem, odsłuchałem 20 razy, minęło. Przegiąłem, a mówiłem: nie daj się ponieść. ‘House of cards’ wydawało mi na początku słabiutkie, teraz chyba jeden z lepszych kawałków na płycie, tekstem jak zwykle trafiającym w sedno. Te wielkomiejskie metafory, załamania infrastruktury i impulsy napięciowe. ‘Faust Arp’, jednak wciąż trochę za bardzo elliottowo-smithowe w wokalu i beatelsowskie w smykach. Fachowcy uważają, że to umieszczanie starego w nowym kontekście, ale fachowcy zawsze tak uważają. ‘Bodysnatchers’ dobre. Desperackie ‘I have no idea what I am talking about’ itd. to jest naprawdę to, za co się ich kochało. Mi tu naprawdę niczego nie brakuje, a jednak głowa nie pęka. I tak jest przez cały czas. ‘Jigsaw…’ też wciąga powoli rozkręcającą się, firmową histerią, Yorke znów po swojemu odkleja się od reszty. A jednak krew nie cieknie z uszu. Przecież ten bas czy cuś w ‘All I need’ piękny. O reszcie nie chce mi się pisać. Ogólnie się nie zawiodłem. Jest mellow jak u mamy na obiadku. Podobno jak zespół się psuje, to się mówi, że dojrzewa. Tylko, że oni się nawet nie psują, ani tym bardziej nie dojrzewają. Dobra, kończę. Jak mawiał mistrz w ‘Dwanaście’: To nie jest zła płyta. To nie jest zła płyta. To nie jest zła płyta. To nie jest zła płyta. Albo podobnie mówił.