Ostatnio pojechałem do wód, gdzie słońce jest trochę mniej śmiertelne i gdzie jest lepiej kotu. Tutaj śmierć czai się zaraz za progiem, wychodzisz i udar z miejsca, tym bardziej kiedy ta wczorajsza wstydliwa suchość w ustach. Orzech za oknem marszczy się i kurczy. Drzewa w mieście mają przesrane. Są oczywiście przyjemności tych miesięcy. Na przykład trąbki i saksofony lepiej się rozchodzą w powietrzu. A kiedy wieje wiatr i drzew zaczynają szeleścić, wygląda to jak podmuch od jakiejś eksplozji tuż za węgłem. To też jest przyjemne. I nieśmiertelne butelki mineralnej z dziesiątkami wściekłych niewidzialnych rybek, kiedy mocniej stąpniesz. Musztarda z gorczycy zamiast kawioru plus ciągle pełna wanna z chłodną wodą. W ogólnym rozrachunku chyba te miesiące najbardziej cenię i je chyba najlepiej pamiętam.
W takie miesiące Czesiu, który mieszkał u wód od zawsze, chadzał na bosaka po gorącym piasku, w koszulce z myszką miki z paczek z Ameryki. Tą starą myszką. Wręcz Warholowską, choć Czesiu miał Warhola gdzieś.

Zawsze zazdrościłem mu jej, bo taką samą miał Damon Albarn w klipie do ‘Song 2’. Ja bardzo lubię koszulki, jest to jedna z moich licznych słabości. Ale nigdy nie odważyłem się, żeby kupić ją od Czesia, a pewnie by mi dał za browara. Ale byłoby to jakoś w stosunku do niego nieuczciwe, nie wiem, jego słabość była chyba jednak większa. Poza tym, że Czesiu się nieraz obsikiwał, nieraz robił przecież kupę w majty, a nade wszystko wlewał w siebie te wińska i trawił je, i wypacał w odzież, i wypijał, itd. I padał potem tu i tam. Nie wiadomo czy ta koszulka nie byłaby już sztywna i łamliwa. Nieraz wracałem napruty znad jeziora nad ranem, i widziałem Czesia jak poległ pod płotem. Kiedyś moja ciotka podlewała coś rano i zmoczyła go wodą z węża od stóp do głów, to on powiedział, że on to pierdoli i będzie leżał, nawet jak ona go utopi.
I snuł się, folklor miejscowy, nieporadne dziecko, święty idiota, a jego braci znajdziesz wszędzie i znasz na pewno chociaż jednego. Mówili, że Czesiu miał bardzo opiekuńczą matkę, która myła go z tych kup i womitów. Bo trzeba przyznać, że był najbardziej zadbany spośród towarzystwa. Przed teleekspresem rzecz jasna. Podobno im się poprawiło z matką, kiedy umarł jego stary, straszny kutas. Ale Czesiu był już stracony, mimo tej poprawy, Czesiu miał już misję i matka o tym wiedziała. Bo w całej tej puli ludzi jest część, która idzie na przemiał, żeby te wielkie kangury w kapeluszach siedzące na chmurach i trzymające sznurki miały co nosić w swoich torbach. Chyba coś popieprzyłem.
A kiedyś w niedzielę, kiedy do wód zjeżdżają się prawdziwe tłumy, a miejscowi jadą do kościoła, i potem jak wszyscy wracają po mszy o jedenastej to są niezłe korki, to wtedy Czesiu zrobił swój mały Sąd Ostateczny. Stanął na środku jezdni i wskazywał wszystkim kierowcom, by zjechali na łąkę. I oni zjeżdżali, wpadali w bagno i szli na dno jeden po drugim, do samych piekieł. A Czesiu stał na środku jezdni, zawiany i władczy. Jedna ręka w lewo na łąkę a druga w górę, w samo niebo, dla tych dobrych. I wierzcie lub nie, ale ci którym wskazywał niebo też wzlatywali, pokazywali swoje pordzewiałe podbrzusza i czwórkami, mama, tata, siostra, brat, czwórkami do nieba szli. A kiedy jezdnie się wyludniły, Czesiu otrzepał ręce, czknął i poszedł napić się jeszcze troszynkę, bo upał dał mu w kość.
No dobra, wszyscy doskonale znają tę konwencję. Ale co z tego. Są ludzie, którzy zasłużyli sobie na takie obrazki. Czesiu zasłużył sobie jak nikt.
Pewnie się domyśliliście. Ostatnio usłyszałem, że wszedł na dach, bo czasem łapał jakąś robotę na budowie i się spierdolił. Tak właśnie mi powiedziano:
- Czesiu nie żyje. Wszedł podobno na dach i się spierdolił.