jeden dziewięć dziewięć siedem i osiem
Jeden dziewięć dziewięć siedem. To był dobry rok. Człowiek chciał być strażakiem i wiedział, że będzie mógł, a dziewczyna za napisem burnin’ kołatała mu się po głowie przed snem.
Pamiętam jak mi kilka lat później Szafa puszczał to na wycieczce szkolnej w jakimś bardzo długim remiksie. Szafa przeginał, chodził na tresory i jadł tabletki. Jednak zawsze coś między nami jakby nie grało, nie ma co udawać. Nieważne czemu.
Było dobrze. ‘Ok. Computer’ dostał pierwsze miejsce na podsumowaniu roku ‘Machiny’ w styczniu 1998 i ja za jakiś czas uzbierałem kaskę i pojechałem do empiku i zakupiłem na kasecie. I pamiętam, włożyłem do walkmana, na Placu Wolności, i pamiętam te skrzypce, jak pomyślałem ale dziwne, i wejście perkusji. Jeśli miałbym robić listę najpiękniejszych momentów w moim życiu, to przepraszam, miejsce pierwsze, wejście perkusji w ‘Airbag’, 14 sekunda. Poza tym w pierwszej dziesiątce byłoby też wejście basu.
Dobra, nie zesraj się.
To był 1998 i miałem czternaście lat. Wtedy też wyszło ‘Dig your own hole’ Chemical Brothers. Wszyscy wtedy słuchali Prodigy, a Chemical Brothers to był podobny nurt, to znaczy big beat, jak się dowiedziałem z pism i dla mnie to było tak samo dobre, a nawet lepsze, bo w ‘Machinie’ było na drugim miejscu, a ‘Fat of the land’ było na 15 albo 16. Ja też słuchałem Prodigy, wszyscy słuchali, oglądałem ‘30 Ton’, z tym megaszybko nawijającym kolesiem i kibicowałem singlom ‘Firestarter’ i ‘Breathe’, w którym Keith Flint miotał się jak pojebany, a ten drugi też się miotał i gadali do siebie przez dziurę w ścianie. Ten drugi - Maxim - miał laseczkę . Natomiast Liam Howlett, mózg całej tej firmy siedział tam na fotelu i był demonicznie milczący. On zawsze na teledyskach tylko się snuł. Utożsamiałem się z nim, bo też sporo się wtedy snułem. Więc jak mówię, byłem wielkim fanem Prodigy.
Pamiętam jak siedziałem w kuchni i słuchałem ‘Music for the jilted generation’ długo w noc przyklejony do głośnika, bo na drugi dzień musiałem oddać Klusce z piętra niżej, który teraz jest policja, a jeszcze jakiś czas temu palił gandzię przy wejściu do piwnicy, serio, no a ja nie miałem wtedy pustej kasety, ani takiej na którą mógłbym nagrać. Zresztą ten jamnik bardzo źle przegrywał, wszystko potem szumiało. Więc przegrywałem głównie u Picia na wieży. ‘Jilted generation’ to była moc, anarchia, ta głowa na okładce wyrastająca z podłogi, czy czegoś i krzycząca, a w środku koleś z maczetą przy wejściu na most wiszący odwraca się w kierunku jakichś ludzi, którzy go gonili i pokazuje im fakersa, bo jak wejdą, to utnie linę i polecą w dół, w przepaść. Kawałek ‘Their law’ z zajebistym ukradzionym oczywiście skądś tam riffem, i ‘Voodoo people’ zrobiony na Nirvanie i ‘Poison’, i motto na początku tej kasety, które gdzieś przeczytałem wtedy, że znaczyło, zdecydowałem się zejść z moją robotą do podziemia, by nie dostawała się w niepowołane ręce. To wszystko układało się w elegancką ideologię, potem sobie to motto ciągle powtarzałem, jak nikt nie chciał mnie docenić. W każdym razie Prodigy to był dobry zespół i wszyscy go słuchali. Robert Leszczyński wciąż słucha i uważa za awangardę.
(1997, mamo, miałem to w audio na kasecie, ale nie wiedziałem, że to Plac Czerwony, bo byłem tępy i nie usłyszałem)
Słuchał go trochę Jędrek mój najlepszy kumpel z podstawówki.
Słuchał go Siwy, którego z kolei wszyscy się słuchali.
Wiadomo każdy zna siwego, minimalnie dwóch trzech Siwych. Ja znałem chyba trzech, a nie jestem jakiś szczególnie towarzyski.
Słuchała go także Dagmara, w której się coś na kształt zakochałem, bo wiadomo piosenki o miłości. Była oczywiście alternatywna, miała masywny nos, przysadzistą sylwetkę i zupełnie nie rozumiem dlaczego się w niej coś na kształt zakochałem, była zupełnie nie w moim typie, ale może po prostu wtedy nie miałem swojego typu. Mógłbym się zakochać gdyby była fajna z charakteru, ale przecież nigdy nie zamieniłem z nią słowa. Podobało mi się to, że miała dużo kolczyków i kostkę. I w ogóle roztaczała wokół siebie aurę jakiegoś spokoju i domowości. Ale to nie była jakaś wielka miłość, ani chyba nawet pierwsza. Po prostu trochę mi się przez jakiś czas podobała. Próbowałem z nią tańczyć takie seksualne niby-pogo do ale ona nie była mną zupełnie zainteresowana.
Była z klasy D jak dupy albo diabołki. A jak aniołki. B jak bandyci. C jak cycki. Ja byłem w A, klasa pizd i mięczaków. Ogólnie to uważam, że nadawałem się tam dosyć, bo jak mówię snułem się dużo i byłem wrażliwy. Przez całą moją edukację byłem w klasach A. Czasami myślę, że może dzięki temu ocalałem, a i tak mam wrażenie, że ledwo ledwo, chociaż to pewnie moje histerie.
Najgorsza zawsze była B - bandyci i z B przeszedł do naszej Siwy i siał postrach w szeregach cieniasów i maminsynków.
To oczywiście stereotypy jednak bardzo mu pomagały.
Ale co by nie powiedzieć na muzyce się znałem, a wszyscy wokół się nie znali tak jak ja. Kiedyś Piciu, który mieszkał dwa piętra niżej kupił sobie kasetę Dog Eat Dog ‘Play games’ z boosterem kart z zawodnikami amerykańskiego futbolu bodajże na okładce i mówił, że to jest rave. Debil. Mówiłem mu, że to hardcore i jakoś tam trafiłem, sam nie wiem skąd to wiedziałem, ale mówiłem mu, a on nie dał sobie powiedzieć, bo zawsze musiał wszystko wiedzieć najlepiej. Odpuszczałem zawsze.
No a jak przyniosłem ‘Dig your own hole’ Chemical Brothers na dyskotekę do szkoły, to Siwy, który sprawdzał na korytarzu na jamniku czy muzyka się nadaje, to znaczy czy mu się podoba, to mnie wyśmiał. A miał nawet koszulkę z mrówką i kolczyk w języku. I ten kurwa debil nie wiedział, że to przedstawiciele tego samego nurtu tej samej sceny, kolesie właściwie z tego samego podwórka, a poza tym to była przecież dobra muza do tańczenia na pierwszy rzut oka i według ‘Machiny’ lepsza płyta niż ‘Fat of the land’. Ale ten debil to był analfabeta i dyzgrafik. ‘Block rockin’ beats’ to jest teraz klasyk, a on to posłuchał i zaśmiał się i mówi:
- Co to kurwa jest?
Powiedziałem mu, że nic, okej, spoko, luz.
Ciekawe jak ten gnój teraz się czuje jak myśli o tamtej sytuacji. Ciekawe jak się czuł, jak oni na dobre wypłynęli i zaczęły ich słuchać MASY.
Powiem wam jak się czuje. Normalnie się czuje, zwyczajnie. Nawet nie pamięta tamtej chwili, jak wyciągnął kasetę z jamnika i mi ją z pogardą rzucił. A ja nie złapałem i mi spadła na podłogę i bałem się, że popękała. Nie pamięta, bo źli ludzie nie pamiętają krzywd, które wyrządzili. Nie pamiętają nawet dobrzy ludzie. Nawet ci, którzy to widzieli, jak on mi rzuca tę kasetę, a ja jej nie łapię. Bo ludzie nie chcą pamiętać o krzywdach. Tylko pokrzywdzeni je pamiętają. Tylko ofiary noszą w swoim sercu bliznę, która w dni dżdżyste poczyna jątrzyć. To jest obrzydliwe.
Siwego raczej nikt nie lubił. Raczej ludzie się go bali i czasem chcieli się z nim pojawić, żeby inni się ich bali. Palił fajki i pił kawę, miał żółte zęby, śmierdziało mu z gęby. Wiem, że to brzmi jakbym się na nim mścił, ale naprawdę taki był. Miał piegi, ale takie widać już stare. W ogóle wydawał mi się bardzo stary i dorosły, chociaż był starszy tylko o rok.
Siwy robił też wrzuty, ale beznadziejne. Jędrek, który był skejtem, wyśmiewał go, bo miał dużo ‘Ślizgów’ i pokazywał mi zdjęcia takich rzeczy, że jak Siwy zrobił na boisku szkolnym tam obok namalowanej na brunatnej ścianie bramki jakiś bezsensowny napis w stylu Snork, Flop, Plar, czy coś, to śmiech na sali takie to było słabe. Zacieki i w ogóle było to takie jakieś bez wyrazu, po prostu nachodzące na siebie pogrubione litery jak z nalepek na zeszyty dla dzieci. Taki był z niego graficiarz jak meloman. Właściwie to Siwy był chyba pierwszym pozerem jakiego spotkałem. Stawiał też tagi markerem w kiblu i na ławkach, powoli, linie prowadząc starannie jakby kaligrafował w zerówce czy tam pierwszej klasie, kiedy się kaligrafuje.
Ale niech go Śiwa ma w swojej opiece, każdy przecież kiedyś zrobił komuś kupę na głowę i zapomniał.


