fabryka

maj 30, 2007

jeden dziewięć dziewięć siedem i osiem

Kategoria wpisu: muzyka, tvc15, txt — p z @ 1:27 pm

Jeden dziewięć dziewięć siedem. To był dobry rok. Człowiek chciał być strażakiem i wiedział, że będzie mógł, a dziewczyna za napisem burnin’ kołatała mu się po głowie przed snem.

Pamiętam jak mi kilka lat później Szafa puszczał to na wycieczce szkolnej w jakimś bardzo długim remiksie. Szafa przeginał, chodził na tresory i jadł tabletki. Jednak zawsze coś między nami jakby nie grało, nie ma co udawać. Nieważne czemu.

Było dobrze. ‘Ok. Computer’ dostał pierwsze miejsce na podsumowaniu roku ‘Machiny’ w styczniu 1998 i ja za jakiś czas uzbierałem kaskę i pojechałem do empiku i zakupiłem na kasecie. I pamiętam, włożyłem do walkmana, na Placu Wolności, i pamiętam te skrzypce, jak pomyślałem ale dziwne, i wejście perkusji. Jeśli miałbym robić listę najpiękniejszych momentów w moim życiu, to przepraszam, miejsce pierwsze, wejście perkusji w ‘Airbag’, 14 sekunda. Poza tym w pierwszej dziesiątce byłoby też wejście basu.

Dobra, nie zesraj się.

To był 1998 i miałem czternaście lat. Wtedy też wyszło ‘Dig your own hole’ Chemical Brothers. Wszyscy wtedy słuchali Prodigy, a Chemical Brothers to był podobny nurt, to znaczy big beat, jak się dowiedziałem z pism i dla mnie to było tak samo dobre, a nawet lepsze, bo w ‘Machinie’ było na drugim miejscu, a ‘Fat of the land’ było na 15 albo 16. Ja też słuchałem Prodigy, wszyscy słuchali, oglądałem ‘30 Ton’, z tym megaszybko nawijającym kolesiem i kibicowałem singlom ‘Firestarter’ i ‘Breathe’, w którym Keith Flint miotał się jak pojebany, a ten drugi też się miotał i gadali do siebie przez dziurę w ścianie. Ten drugi - Maxim - miał laseczkę . Natomiast Liam Howlett, mózg całej tej firmy siedział tam na fotelu i był demonicznie milczący. On zawsze na teledyskach tylko się snuł. Utożsamiałem się z nim, bo też sporo się wtedy snułem. Więc jak mówię, byłem wielkim fanem Prodigy.

Pamiętam jak siedziałem w kuchni i słuchałem ‘Music for the jilted generation’ długo w noc przyklejony do głośnika, bo na drugi dzień musiałem oddać Klusce z piętra niżej, który teraz jest policja, a jeszcze jakiś czas temu palił gandzię przy wejściu do piwnicy, serio, no a ja nie miałem wtedy pustej kasety, ani takiej na którą mógłbym nagrać. Zresztą ten jamnik bardzo źle przegrywał, wszystko potem szumiało. Więc przegrywałem głównie u Picia na wieży. ‘Jilted generation’ to była moc, anarchia, ta głowa na okładce wyrastająca z podłogi, czy czegoś i krzycząca, a w środku koleś z maczetą przy wejściu na most wiszący odwraca się w kierunku jakichś ludzi, którzy go gonili i pokazuje im fakersa, bo jak wejdą, to utnie linę i polecą w dół, w przepaść. Kawałek ‘Their law’ z zajebistym ukradzionym oczywiście skądś tam riffem, i ‘Voodoo people’ zrobiony na Nirvanie i ‘Poison’, i motto na początku tej kasety, które gdzieś przeczytałem wtedy, że znaczyło, zdecydowałem się zejść z moją robotą do podziemia, by nie dostawała się w niepowołane ręce. To wszystko układało się w elegancką ideologię, potem sobie to motto ciągle powtarzałem, jak nikt nie chciał mnie docenić. W każdym razie Prodigy to był dobry zespół i wszyscy go słuchali. Robert Leszczyński wciąż słucha i uważa za awangardę.

(1997, mamo, miałem to w audio na kasecie, ale nie wiedziałem, że to Plac Czerwony, bo byłem tępy i nie usłyszałem)

Słuchał go trochę Jędrek mój najlepszy kumpel z podstawówki.

Słuchał go Siwy, którego z kolei wszyscy się słuchali.

Wiadomo każdy zna siwego, minimalnie dwóch trzech Siwych. Ja znałem chyba trzech, a nie jestem jakiś szczególnie towarzyski.

Słuchała go także Dagmara, w której się coś na kształt zakochałem, bo wiadomo piosenki o miłości. Była oczywiście alternatywna, miała masywny nos, przysadzistą sylwetkę i zupełnie nie rozumiem dlaczego się w niej coś na kształt zakochałem, była zupełnie nie w moim typie, ale może po prostu wtedy nie miałem swojego typu. Mógłbym się zakochać gdyby była fajna z charakteru, ale przecież nigdy nie zamieniłem z nią słowa. Podobało mi się to, że miała dużo kolczyków i kostkę. I w ogóle roztaczała wokół siebie aurę jakiegoś spokoju i domowości. Ale to nie była jakaś wielka miłość, ani chyba nawet pierwsza. Po prostu trochę mi się przez jakiś czas podobała. Próbowałem z nią tańczyć takie seksualne niby-pogo do ale ona nie była mną zupełnie zainteresowana.

Była z klasy D jak dupy albo diabołki. A jak aniołki. B jak bandyci. C jak cycki. Ja byłem w A, klasa pizd i mięczaków. Ogólnie to uważam, że nadawałem się tam dosyć, bo jak mówię snułem się dużo i byłem wrażliwy. Przez całą moją edukację byłem w klasach A. Czasami myślę, że może dzięki temu ocalałem, a i tak mam wrażenie, że ledwo ledwo, chociaż to pewnie moje histerie.

Najgorsza zawsze była B - bandyci i z B przeszedł do naszej Siwy i siał postrach w szeregach cieniasów i maminsynków.

To oczywiście stereotypy jednak bardzo mu pomagały.

Ale co by nie powiedzieć na muzyce się znałem, a wszyscy wokół się nie znali tak jak ja. Kiedyś Piciu, który mieszkał dwa piętra niżej kupił sobie kasetę Dog Eat Dog ‘Play games’ z boosterem kart z zawodnikami amerykańskiego futbolu bodajże na okładce i mówił, że to jest rave. Debil. Mówiłem mu, że to hardcore i jakoś tam trafiłem, sam nie wiem skąd to wiedziałem, ale mówiłem mu, a on nie dał sobie powiedzieć, bo zawsze musiał wszystko wiedzieć najlepiej. Odpuszczałem zawsze.

No a jak przyniosłem ‘Dig your own hole’ Chemical Brothers na dyskotekę do szkoły, to Siwy, który sprawdzał na korytarzu na jamniku czy muzyka się nadaje, to znaczy czy mu się podoba, to mnie wyśmiał. A miał nawet koszulkę z mrówką i kolczyk w języku. I ten kurwa debil nie wiedział, że to przedstawiciele tego samego nurtu tej samej sceny, kolesie właściwie z tego samego podwórka, a poza tym to była przecież dobra muza do tańczenia na pierwszy rzut oka i według ‘Machiny’ lepsza płyta niż ‘Fat of the land’. Ale ten debil to był analfabeta i dyzgrafik. ‘Block rockin’ beats’ to jest teraz klasyk, a on to posłuchał i zaśmiał się i mówi:

- Co to kurwa jest?

Powiedziałem mu, że nic, okej, spoko, luz.

Ciekawe jak ten gnój teraz się czuje jak myśli o tamtej sytuacji. Ciekawe jak się czuł, jak oni na dobre wypłynęli i zaczęły ich słuchać MASY.

Powiem wam jak się czuje. Normalnie się czuje, zwyczajnie. Nawet nie pamięta tamtej chwili, jak wyciągnął kasetę z jamnika i mi ją z pogardą rzucił. A ja nie złapałem i mi spadła na podłogę i bałem się, że popękała. Nie pamięta, bo źli ludzie nie pamiętają krzywd, które wyrządzili. Nie pamiętają nawet dobrzy ludzie. Nawet ci, którzy to widzieli, jak on mi rzuca tę kasetę, a ja jej nie łapię. Bo ludzie nie chcą pamiętać o krzywdach. Tylko pokrzywdzeni je pamiętają. Tylko ofiary noszą w swoim sercu bliznę, która w dni dżdżyste poczyna jątrzyć. To jest obrzydliwe.

Siwego raczej nikt nie lubił. Raczej ludzie się go bali i czasem chcieli się z nim pojawić, żeby inni się ich bali. Palił fajki i pił kawę, miał żółte zęby, śmierdziało mu z gęby. Wiem, że to brzmi jakbym się na nim mścił, ale naprawdę taki był. Miał piegi, ale takie widać już stare. W ogóle wydawał mi się bardzo stary i dorosły, chociaż był starszy tylko o rok.

Siwy robił też wrzuty, ale beznadziejne. Jędrek, który był skejtem, wyśmiewał go, bo miał dużo ‘Ślizgów’ i pokazywał mi zdjęcia takich rzeczy, że jak Siwy zrobił na boisku szkolnym tam obok namalowanej na brunatnej ścianie bramki jakiś bezsensowny napis w stylu Snork, Flop, Plar, czy coś, to śmiech na sali takie to było słabe. Zacieki i w ogóle było to takie jakieś bez wyrazu, po prostu nachodzące na siebie pogrubione litery jak z nalepek na zeszyty dla dzieci. Taki był z niego graficiarz jak meloman. Właściwie to Siwy był chyba pierwszym pozerem jakiego spotkałem. Stawiał też tagi markerem w kiblu i na ławkach, powoli, linie prowadząc starannie jakby kaligrafował w zerówce czy tam pierwszej klasie, kiedy się kaligrafuje.

Ale niech go Śiwa ma w swojej opiece, każdy przecież kiedyś zrobił komuś kupę na głowę i zapomniał.

maj 28, 2007

recenzja ‘ziemi jałowej’

Kategoria wpisu: książki — p z @ 10:10 pm

Co czytacie? Ja właśnie po raz drugi w życiu zajrzałem do ‘Ziemi jałowej’.

Przyznam, że sam koncept jest ciekawy. Taka zmyłka, gra z czytelnikiem. Nie wiem, czy czytaliście. W zarysie pomysł jest taki, że główna część tekstu to indeks, który dla zmyłki został nazwany poematem. Liczy sobie 434 pozycje. Każda z tych pozycji dla jeszcze większej zmyłki została rozwinięta w kilka wyrazów, tak że jak odsuniesz kartkę na odległość, że rozmazują się literki, to z lewej jest równo, a z prawej nie i wygląda to jak wiersz. Każda z 434 pozycji odsyła nas dalej, tam gdzie zazwyczaj w innych znajdował się indeks. Tutaj jest na odwrót, bo dla jeszcze większej zmyłki na końcu znajduje się właściwa treść. Jest on autorstwa jakiegoś sfalsyfikowanego autora, że niby badacz literatury (nie znam nazwiska – mam ksero), ale wiadomo przecież że to Eliot, bo komu by się chciało rozkminiać te wszystkie 434 pozycje po robocie, w imię czego, to tylko taka zmyłka, jeszcze większa niż poprzednie. Przyznacie, że pomysł jest ciekawy. Treść jak treść, niełatwa, ale to jednak klasyka.

Czasem się zastanawiam dlaczego najczęściej cytuje się pierwsze wersy tego dzieła. A dokładniej - pierwszy wers. Ten o kwietniu. Wszyscy znają.

No dobra, to ja cytuję pierwszy wers i doskonale wiem dlaczego tylko pierwszy. Wcale się tym nie szczycę dla jakiegoś pustego przejawu radosnej ignorancji. Piszę o tym, żeby było wiadomo, że tacy czytelnicy też istnieją i mają prawo być szczęśliwi.

maj 18, 2007

jak frank zappa wynalazł itunes (a raczej emusic)

Kategoria wpisu: książki, muzyka, txt — p z @ 2:33 przed południem

Nadmieniam, że Frank Zappa jest mistrzem świata. Ostatnio przeczytałem jego autobiografię, której oryginalny tytuł brzmi ‘The Real Frank Zappa Book’, co zostało przetłumaczone na ‘Takiego mnie nie znacie’. Warto to przeczytać, bo to bardzo orzeźwiająca rzecz, a w dodatku trafiła mi akurat w moment, że ogólnie się przejadłem i nic mi nie wchodziło, czytałem chyba z pięć książek naraz, po pięć stron na godzinę, miksowały się w jedną i wszystko i tak marność, a tu takie coś.

Książka zawiera kupę świetnych anegdotek, miniwykładów o stylu życia, o muzyce też jest mnóstwo oczywiście, o narkotykach, religii, o przemyśle muzycznym, o życiu rodzinnym, żarciu, co tam chcecie. Na wszystko znajdzie się cytat. Na końcu rzecz zamienia się w kabaret polityczny, który momentami wygląda bardzo aktualnie. Ogólnie w większości książka dotyczy debili i tego jak debile przeszkadzają w życiu człowiekowi z poczuciem humoru.

Przerywnik graficzny. Frank i jego piękne, konserwatywne wąsy:

zappa

Na przykład fragmenty jak organizacja o złowieszczym akronimie PRMC (wg wiki PMRC) składająca się z żon senatorów (‘założycielek’, nie ‘członkiń’, co pozwoliło uniknąć podatków) wypowiedziała wojnę pornografii, po tym jak jedną z pań, żonę Gore’ a, zgorszył album ‘Purple Rain’ Prince’a:

zony

(Tak wyglądają ‘WASZYNGTOŃSKIE ŻONY’. Zwróćmy uwagę na imponujące trwałe. Czy te panie nie przypominają wam którejś z waszych ciotek albo nauczycielek? Co z tego, że mamy 2007. Czasy się zmieniają, a ludzie nie).

Już wtedy organizacja o szatańskim akronimie RIAA, którą modnie dzisiaj nienawidzić, dała tyły i pozwoliła na oklejanie płyt nalepkami w zamian za popchnięcie ustawy o opodatkowaniu czystych taśm, co wg wykładni Zappy pozwoliło na przemieszczenie wpływów z artystów na tych złych tłuściochów za biurkami. Ja mu wierzę.

Zappa jako osoba kulturalna o tym nie wspomniał, ale wiemy jak to wyglądało w praktyce. Najwyraźniej główna pomysłodawczyni i założycielka (pani Tipper Gore, na zdjęciu z prawej) zrobiła swojemu małżonkowi senatorowi Alowi Gore blowjoba z połykiem, by jej dzieci mogły jak najdłużej żyć w przeświadczeniu, że ta skądinąd wskazana praktyka seksualna nie istnieje. Ssała, on klepał po głowie jak tata w dzieciństwie kiedy była grzeczna i przyobiecał przychylność.

Dowcip polegał na tym, że jednym ze sztandarowych argumentów przeciwko muzykom w odbywających się wtedy debatach w talk-showach był ‘seks oralny pod pistoletem’ pojawiający się rzekomo w jakiejś tam piosence, o którym rozprawiano w godzinach ogólnie dostępnych. To dopiero początek, historia rozkręca się cudownie. Polecam.

Właśnie jakoś wtedy narodziła się nalepka, która do dziś skutecznie podbija sprzedaż płyty:

Na cześć grzecznego lachociąga nazywana bywa zresztą ‘Tipper sticker’.

Kiedyś zakochałem się pankówie na koloni i kupiłem sobie białe spodnie do kolan. Miałem naszywkę z pacyfką, logiem RATM i taką właśnie ‘Tipper sticker’. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że była ona skutkiem blowjoba. Być może opowiedziałbym to tej pankówie i coś by wyszło z całej sytuacji. A tak zbłądziłem, nie chciała mnie i za kilka miesięcy kupiłem sobie pomarańczowe spodenki adidasa i koszulkę całą w znaczki nike. Całą, całą.

Uwaga. Przerywnik filmowy. Zappa w programach ‘Crossfire‘ rozmawia o ‘porno-rocku’.
1985: ‘Wtedy powiedziałem facetowi z ‘Washigton times’, żeby pocałował mnie w dupę’ (s. 239)
1987: ‘Czy muzyka rockowa wywołuje AIDS?’ (tamże).

Mnie szczególnie ciekawa wydała się rola RIAA w całej tej sprawie. Nie żebym od razu sądził, że wolna kultura, że wszystko dla wszystkich, a to zbrodnicza organizacja jest i winno się ją wystrzelać co do członka i założyciela, ale ich metody (w tym złowieszczy akronim DRM oczywiście) mnie nieco wpieniają. Co do nalepek to smród na kilometr. Sam Zappa w kwestiach pieniążków był zwolennikiem jakiejś tam trzeciej drogi, co sobie nazwał praktycznym konserwatyzmem. Trochę dostało mu się od związków zawodowych przy okazji nagrywania z orkiestrami symfonicznymi (świetne fragmenty), więc ich nie cierpiał, a z drugiej strony uważał, że trzeba tłuściochom patrzeć na łapy. W tym konkretnym przypadku RIAA się splamiło.

Czytając o całej tej wojnie wojnie z pornografią i w ogóle przemyśle płytowym, zastanawiałem się, co by uważał na temat ściągania taki ziom jak pan Frank.

Ileś tam stron dalej znalazłem odpowiedź. Przyznam, że mnie to trochę zszokowało. Zappa Lemem popkultury?

PROPOZYCJA STWORZENIA SYSTEMU, KTÓRY MIAŁBY ZASTĄPIĆ PRZEMYSŁ FONOGRAFICZNY

Zwykły handel płytami gramofonowymi to głupawy proces, który sprowadza się do transportowania z jednego miejsca na drugie kawałka plastiku w tekturze.

Transport tych ciężkich i niewygodnych przedmiotów jest drogi, a proces produkcji skomplikowany i trudny. Kontrola jakości tłoczonych płyt to syzyfowa praca. Niezadowoleni klienci bez przerwy zwracają płyty, które nie chcą grać. Nowa technologia cyfrowa może ostatecznie rozwiązać problem pakowania płyt i zapewnić klientom dźwięk lepszej jakości zarejestrowany na małych dyskach [dyskach kompaktowych]. Są one mniejsze zawierają więcej muzyki i w konsekwencji ich transport byłby tańszy. Niestety produkcja byłaby droższa, co oznaczałoby oczywiście wyższą cenę. Aby odtwarzać dyski klient musiał kupić na miejsce starego zestawu stereofonicznego specjalne urządzenie cyfrowe (cena około siedmiuset dolarów).

(…)

Melomani chcą kupować muzykę, niekoniecznie zaś winylowe krążki zapakowane w tekturę.

Nasza propozycja dotyczy wykorzystania pozytywnych aspektów negatywnego zjawiska: domowego przegrywania płyt na taśmy.
Po pierwsze, musimy sobie uświadomić, że przegrywanie płyt nie musi być rezultatem sknerstwa klienta. Jeśli skopiuje on sobie album na taśmę, to z pewnością będzie miał lepsze nagranie od wyprodukowanej legalnie, przegranej na wysokiej szybkości kasety.

My chcemy legalnie nabyć prawa do cyfrowego kopiowania NAJLEPSZYCH i prawie niedostępnych NAGRAŃ, które mają wytwórnie płytowe. Chcemy następnie zmagazynować te kopie w jednym miejscu i telefonicznie lub za pośrednictwem telewizji kablowej ponownie je kopiować na domowy sprzęt naszych klientów. Przy nagrywani można byłoby wykorzystać cyfrowy magnetofon SONY F-1, Betę, Hi Fi lub po prostu zwykłą analogową kasetę (która będzie wymagać zainstalowania w telefonie dostępnego konwertera D-A).

Wszelkie tantiemy, należności od klientów itd., wzięte pod uwagę przy opracowaniu oprogramowania dla tego systemu, będą obliczane automatycznie.

Klient będzie miał możliwość ‘wykupienia miesięcznego abonamentu’ na jeden lub kilka rodzajów muzyki. WYSOKOŚĆ ABONAMENTU NIE BĘDZIE ZALEŻAŁA OD ILOŚCI MUZYKI, KTÓRĄ KLIENT ZAMIERZA SKOPIOWAĆ.
Dostarczenia takiej masy muzyki po tak niskiej ceni zmniejszy zapotrzebowanie na ‘magazynowanie’ jej w domu, ponieważ będzie łatwo dostępna o każdej porze dnia i nocy.

Comiesięczne programy mogłyby być zamieszczane w katalogach, co odciążałoby bank informacji komputerowej. Usługi byłyby świadczone za pomocą telefonu, nawet jeśli lokalne emisje można byłoby odbiera w telewizji kablowej.

Na kanałach telewizji kablowej, na których nigdy nic się nie dzieje (w Los Angeles jest ich z siedemdziesiąt), można by w czasie emisji muzyki pokazać wszystko to, co muzyce zwykle towarzyszy, a więc okładki, teksty piosenek, dane techniczne itd. Jest wielu klientów, którzy podczas słuchania płyty lubią rytualnie obcować z jej ‘opakowaniem’.

Większość osprzętu, który byłby potrzebny do tego systemu, jest łatwo dostępna i czeka na kupno. Należy tylko podłączyć jedno do drugiego i w ten sposób skończyć dzisiejszym przemysłem płytowym.

(s. 288 i dalej)

A! Książkę kończył w 1988.

Blog at WordPress.com.