recenzja vargi
![]()
Czytałem jakiś miesiąc temu ‘Tequillę’ Vargi. Wiadomo dlaczego, bo wydał nową książkę i mi się o przypomniało, że właściwie nie miałem z nim prawie nic do czynienia, poza opowiadaniową wersją Tequilli w takiej antologii. To tak jest, że jak się wyda nową książkę, to ci staty rosną. Ewentualnie jak umrzesz. Kumpel, który pracuje w księgarni mówił, że jak Baudrillard umarł, to od razu dzwonili do hurtowni, żeby go nawieźli więcej i że to on z tym wyskoczył, przez co czuł się dobrym pracownikiem. A ja mu chciałem powiedzieć, że jest sępem i żeruje na ludzkich zwłokach. Ale odszedł zanim na to wpadłem. Zawsze sobie idą zanim wymyślę ripostę.
No i wziąłem sobie książkę z Biblioteki UAM, wiadomo czemu zwanej BUAMEM. To taka nowoczesna biblioteka z komputerami, z której nie można nic ukraść. Za często w niej nie bywam, bo nie lubię tej atmosfery, że oni mi wydają przez okienko książkę. Wolę pochodzić między regałami pooglądać sobie co jest itp. Wiedzieć co biorę. Nie dość, że okienko, to jeszcze większość okładek jest taka sama, tekturowa, bez obrazka. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, że zamawiasz papieskie encykliki, a dostajesz ‘Kamasutrę’. Lepiej wiedzieć, co bierzesz. Zresztą ja np. lubię oglądać okładki. Poza tym w filiach nigdy nie ma tłoku, kolejek, tych wszystkich studentek socjologii i prawa w płaszczykach i kozakach, tych chłopców z ekonomii w koszulach, stoją za tobą nie wiadomo co chcą. Ale Vargi nie było akurat w tej mojej ulubionej filii, więc wziąłem z BUAMu, zamówiłem poprzez inernet, bo mam stały dostep do internetu, na drugi dzień stawiłem się pod okienkiem, książkę wziąłem i pożałowałem wkrótce. Jak pożałowałem.
Lecz nie dlatego, że zawiodłem się na lekturze. ‘Tequilla’ jest to książka zabawna, miejscami błyskotliwa, dobrze się ją czyta, co uważam za wielką zaletę. Choć czasem jak coś się źle czyta to też bywa zajebiste. Choć częściej jeśli się źle czyta, to zajebiste nie jest. Nie chciałbym się w każdym razie kłócić o takie zagadnienia, myślę że zrobią to lepiej inni ludzie tacy a owacy.
Tym, co utrudniało mi spokojną lekturę były notatki na marginesie książki, w celu najwyraźniej napisania jakiejś pracy, pracy niewątpliwie językoznawczej, dotyczącej języka współczesnej prozy, wulgaryzmów, języka potocznego, czegoś w tym stylu, jednym słowem kolejnego pierdolonego gniota, w którym jakaś jebana kurwa polonistka utwierdza się w przekonaniu, że jest lepsza od innych, bo zna te końcówki dopełniacza, i wie, że nie mówi się nadusić, tylko nacisnąć, a bilety się kasuje, a nie odbija, co to jest mazurzenie.
Nie chodzi o to, że do kogoś coś mam, ze względu na to czym się zajmuje w życiu. Wątpliwości mam jedynie jeśli chodzi o polityków, zepsutych kapłanów, krytyków muzycznych co chuja wiedzą, generałów. Poza tym chyba miłość i pokój.
Nie chodzi też o to, że nie można pisać po książkach, czytać przy jedzeniu albo coś. Czemu niby nie można, to nikomu nie przeszkadza. Plamy nic nie przeszkadzają.
Chodzi o to żeby wymazywać te wszystkie emotki, podkreślenia, wykrzyknienia (Wulgaryzm! Dziewczyny! Sex! Alkohol!), które z miejsca przerywają płynny tok lektury i wywołują obraz zarumienionej idiotki, która u końca studiów odkryła, że można pisać w taki sposób jak Masłowska.
Proszę wybaczyć, ale jestem pewien, że notatki poczyniła kobieta. Na 100%. Świadczy o tym chociażby krój czcionki. Uroczy, subtelny, skromny. Ucinam też wszelkie insynuacje i zaznaczam, że od dłuższego czasu funkcjonuje w związku. Możecie znaleźć mój profil na gronie, tam mam fotki z moją ukochaną. Podczas wyjazdów zagranicznych, na grillu i na imprezach. Opalenizna i śmieszne miny oraz uściski, całusy. Obnoszę się z moją dupą po internecie jak z loszką po obejściu. Miałem w związku z tym pewne wątpliwości moralne, ale zauważyłem, że wszyscy tak robią, więc już nie mam.
Jeśli chodzi o polonistki, to stereotyp jest krzywdzący i wyświechtany, a służy młodocianym literackim maczo podbudowywaniu ich ego. Moim argumentem na obronę tezy jest, że kolega kolegi chodził kiedyś z taką jedną fajną polonistką z Konina.
Więc bez pobocznych wontów apeluję, żeby przed oddaniem książki do magazynu głównego wymazywać jebane notatki. Ze względu na mój spokój. Że ty masz tak, że jak czytasz to jesteś zawsze w szkole, to nie znaczy, że każdy tak ma. Że ty ciągle myślisz o instytucjach i urzędach i jak wrócisz wieczorem do chaty i mówisz, że pozałatwiałaś wszystkie sprawy, to cię rozpiera duma, to nie znaczy, że ja nie mam prawa odpocząć przy książce od pierdolonych urzędów i instytucji.
Jeszcze raz powtórzę. Nie chodzi o to, że mam jakieś ukryte problemy. Nie mam ostatnio żadnych właściwie problemów. Wszystko jest w porządku. Chodzi tylko i wyłącznie o wymazywanie pierdolonych notatek, gdyż to jest gwałcenie mojego wolnego od instytucji czasu. Instytucja w moim łóżku to zbyt wiele. Tylko o to apeluje. Ja wolność traktuję poważnie. Proszę to sobie wziąć do serca i pouczać znajomych. To mogą być bardzo sympatyczni, milutcy ludzie z idealistycznym spojrzeniem na świat. Niech się tylko nie wpierdalają w moje życie. Ja nikogo nie zmuszam do czytania tego bloga, to dlaczego mam czytać ich przemyślenia na marginesach? ‘Ironia’? ‘Eufemizm’? Co mnie to kurwa obchodzi. Co to kurwa jest? Street-art? Czat WP? Zarzygany dworcowy szalet?
Następnym razem przypilnuję, żeby zostały wyciągnięte konsekwencje w stosunku do takiej osoby, pójdę do okienka i zażądam podania mi imienia wszystkich osób, które to wypożyczały, powęsze tu i tam, popytam, znajdę winną, uduszę workiem z Lidla na głowę.
Poza tym idę się niedługo napić coca-coli i jestem taki podekscytowany.
