fabryka

kwiecień 29, 2007

recenzja vargi

Kategoria wpisu: książki, txt — p z @ 6:54 pm

Czytałem jakiś miesiąc temu ‘Tequillę’ Vargi. Wiadomo dlaczego, bo wydał nową książkę i mi się o przypomniało, że właściwie nie miałem z nim prawie nic do czynienia, poza opowiadaniową wersją Tequilli w takiej antologii. To tak jest, że jak się wyda nową książkę, to ci staty rosną. Ewentualnie jak umrzesz. Kumpel, który pracuje w księgarni mówił, że jak Baudrillard umarł, to od razu dzwonili do hurtowni, żeby go nawieźli więcej i że to on z tym wyskoczył, przez co czuł się dobrym pracownikiem. A ja mu chciałem powiedzieć, że jest sępem i żeruje na ludzkich zwłokach. Ale odszedł zanim na to wpadłem. Zawsze sobie idą zanim wymyślę ripostę.

No i wziąłem sobie książkę z Biblioteki UAM, wiadomo czemu zwanej BUAMEM. To taka nowoczesna biblioteka z komputerami, z której nie można nic ukraść. Za często w niej nie bywam, bo nie lubię tej atmosfery, że oni mi wydają przez okienko książkę. Wolę pochodzić między regałami pooglądać sobie co jest itp. Wiedzieć co biorę. Nie dość, że okienko, to jeszcze większość okładek jest taka sama, tekturowa, bez obrazka. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, że zamawiasz papieskie encykliki, a dostajesz ‘Kamasutrę’. Lepiej wiedzieć, co bierzesz. Zresztą ja np. lubię oglądać okładki. Poza tym w filiach nigdy nie ma tłoku, kolejek, tych wszystkich studentek socjologii i prawa w płaszczykach i kozakach, tych chłopców z ekonomii w koszulach, stoją za tobą nie wiadomo co chcą. Ale Vargi nie było akurat w tej mojej ulubionej filii, więc wziąłem z BUAMu, zamówiłem poprzez inernet, bo mam stały dostep do internetu, na drugi dzień stawiłem się pod okienkiem, książkę wziąłem i pożałowałem wkrótce. Jak pożałowałem.

Lecz nie dlatego, że zawiodłem się na lekturze. ‘Tequilla’ jest to książka zabawna, miejscami błyskotliwa, dobrze się ją czyta, co uważam za wielką zaletę. Choć czasem jak coś się źle czyta to też bywa zajebiste. Choć częściej jeśli się źle czyta, to zajebiste nie jest. Nie chciałbym się w każdym razie kłócić o takie zagadnienia, myślę że zrobią to lepiej inni ludzie tacy a owacy.

Tym, co utrudniało mi spokojną lekturę były notatki na marginesie książki, w celu najwyraźniej napisania jakiejś pracy, pracy niewątpliwie językoznawczej, dotyczącej języka współczesnej prozy, wulgaryzmów, języka potocznego, czegoś w tym stylu, jednym słowem kolejnego pierdolonego gniota, w którym jakaś jebana kurwa polonistka utwierdza się w przekonaniu, że jest lepsza od innych, bo zna te końcówki dopełniacza, i wie, że nie mówi się nadusić, tylko nacisnąć, a bilety się kasuje, a nie odbija, co to jest mazurzenie.

Nie chodzi o to, że do kogoś coś mam, ze względu na to czym się zajmuje w życiu. Wątpliwości mam jedynie jeśli chodzi o polityków, zepsutych kapłanów, krytyków muzycznych co chuja wiedzą, generałów. Poza tym chyba miłość i pokój.

Nie chodzi też o to, że nie można pisać po książkach, czytać przy jedzeniu albo coś. Czemu niby nie można, to nikomu nie przeszkadza. Plamy nic nie przeszkadzają.

Chodzi o to żeby wymazywać te wszystkie emotki, podkreślenia, wykrzyknienia (Wulgaryzm! Dziewczyny! Sex! Alkohol!), które z miejsca przerywają płynny tok lektury i wywołują obraz zarumienionej idiotki, która u końca studiów odkryła, że można pisać w taki sposób jak Masłowska.

Proszę wybaczyć, ale jestem pewien, że notatki poczyniła kobieta. Na 100%. Świadczy o tym chociażby krój czcionki. Uroczy, subtelny, skromny. Ucinam też wszelkie insynuacje i zaznaczam, że od dłuższego czasu funkcjonuje w związku. Możecie znaleźć mój profil na gronie, tam mam fotki z moją ukochaną. Podczas wyjazdów zagranicznych, na grillu i na imprezach. Opalenizna i śmieszne miny oraz uściski, całusy. Obnoszę się z moją dupą po internecie jak z loszką po obejściu. Miałem w związku z tym pewne wątpliwości moralne, ale zauważyłem, że wszyscy tak robią, więc już nie mam.

Jeśli chodzi o polonistki, to stereotyp jest krzywdzący i wyświechtany, a służy młodocianym literackim maczo podbudowywaniu ich ego. Moim argumentem na obronę tezy jest, że kolega kolegi chodził kiedyś z taką jedną fajną polonistką z Konina.

Więc bez pobocznych wontów apeluję, żeby przed oddaniem książki do magazynu głównego wymazywać jebane notatki. Ze względu na mój spokój. Że ty masz tak, że jak czytasz to jesteś zawsze w szkole, to nie znaczy, że każdy tak ma. Że ty ciągle myślisz o instytucjach i urzędach i jak wrócisz wieczorem do chaty i mówisz, że pozałatwiałaś wszystkie sprawy, to cię rozpiera duma, to nie znaczy, że ja nie mam prawa odpocząć przy książce od pierdolonych urzędów i instytucji.

Jeszcze raz powtórzę. Nie chodzi o to, że mam jakieś ukryte problemy. Nie mam ostatnio żadnych właściwie problemów. Wszystko jest w porządku. Chodzi tylko i wyłącznie o wymazywanie pierdolonych notatek, gdyż to jest gwałcenie mojego wolnego od instytucji czasu. Instytucja w moim łóżku to zbyt wiele. Tylko o to apeluje. Ja wolność traktuję poważnie. Proszę to sobie wziąć do serca i pouczać znajomych. To mogą być bardzo sympatyczni, milutcy ludzie z idealistycznym spojrzeniem na świat. Niech się tylko nie wpierdalają w moje życie. Ja nikogo nie zmuszam do czytania tego bloga, to dlaczego mam czytać ich przemyślenia na marginesach? ‘Ironia’? ‘Eufemizm’? Co mnie to kurwa obchodzi. Co to kurwa jest? Street-art? Czat WP? Zarzygany dworcowy szalet?

Następnym razem przypilnuję, żeby zostały wyciągnięte konsekwencje w stosunku do takiej osoby, pójdę do okienka i zażądam podania mi imienia wszystkich osób, które to wypożyczały, powęsze tu i tam, popytam, znajdę winną, uduszę workiem z Lidla na głowę.

Poza tym idę się niedługo napić coca-coli i jestem taki podekscytowany.

kwiecień 22, 2007

barbarella’s psychedelia

Kategoria wpisu: filmy, tvc15 — p z @ 11:58 przed południem

Jeśli wolno mi wtrącić mała dygresję: Nie widzę tej nowej ‘Barbarelii’, ale jeśli już, to kandydatka na główną rolę jest jedna. Już raz dowiodła swego talentu w doskonałej smoothowo-landrynkowej przeróbce sceny otwierającej i widać że czuje klimat, więc szanowne gremium powinno z powagą rozpatrzeć jej kandydaturę.
Ja bym to widział właśnie w takiej formie wizualnej, ale wiadomo, że będzie to zrobione inaczej, lecz cóż, tak już specyfika gremiów. Można powalczyć, napisać jakiś list otwarty do podpisywania w necie, ale nie wróżę sukcesu.

kwiecień 17, 2007

słoń w sypialni

Kategoria wpisu: txt — p z @ 11:34 pm

Tak a propos tej Virginii. Jakiś czas temu udałem się do obiektu edukacyjnego, takiego dużego, studziennego takiego, z galeriami wokół holu. A że miałem godzinkę, czy dwie, kupiłem sobie gazetę, usiadłem na drugim piętrze i czytałem o tym psycholu z Sieradza. I usłyszałem strzały na dole, na parterze, zaśmiałem się z siebie i znowu je usłyszałem. No to się zaśmiałem z siebie i poczytałem o Giertychu, czy kimś równie nieistotnym. A nie, akurat o Piłce wtedy było. I znowu ktoś strzelił, a ja się zaśmiałem z siebie. Więc poczytałem o Putinie, czy kimś takim albo jakieś opinie i znowu strzały. Ja tam jestem kuloodporny, żyję w bezpiecznym kraju nie jakieś pojebanej Ameryce, więc postanowiłem zejść zobaczyć, czy ktoś może stoi przed, żeby może coś pogadać. I schodziłem tymi schodami, widząc siebie jakoś dziwnie z tyłu, jak w gierce TPP, w takich miłych soczystych barwach jak w „Słoniu” zszedłem, a dzień był podobnie pogodny za oknami, trawa zielona, zszedłem sobie słuchając tych strzałów.

To jest oczywiście przewidywalne, że tam demontowali szafki i rzucali ciężkie płyty na taczkę, ja to oczywiście przewidziałem wtedy i śmiałem się rzecz jasna niebywale, ale tego doświadczenia czystej lodowatej paranoi nie zapomnę, tej ulgi i głupawego, pełnego wdzięczności uśmieszku, którym przywitałem szanownych panów. Może jak zwykle miałem gorszy dzień, ale chyba mniej więcej kumam o co w tym biega. Bo każdy ma swojego małego słonia w sypialni. Taka zagadka.

col

A przy okazji to jest szansa na sequel, masakra w rzeczy samej.

(I jeszcze okazuje się, że znowu pisarz)

kwiecień 13, 2007

ohyda

Kategoria wpisu: książki — p z @ 2:45 pm

cover

Przeczytałem ‘Ohydę’ Welsha ostatnio i myślałem, że będzie lepsza. Co prawda sporo już z niej zapomniałem, ale napiszę recenzję na blog, a później sobie na nią napisaną spojrzę i będę zadowolony z siebie. To jest o policjancie śledczym z tasiemcem i on robi śledztwo. I w najogólniejszym zarysie chodzi o to, żeby książka była ohydna, więc gość w egzemę na udach, łuszczącą się fujarę, nie zmienia spodni, śmierdzi i cały się sypie. Ale tych wszystkich scen z ciśnieniem na ohydność, szok, kontrowersyjność itp., jest zbyt wiele, to znaczy ten monolog jest tak napchany bluzgiem, że właściwie momentami jest nudny, ciągle kopulacje i chorobliwa niechęć do kobiet, przy której taki na przykład Janusz Korwin-Mikke to jest wojujący feminista, i już mi się w pewnym momencie odechciewa tych cyców, cip i tego wszystkiego, ile można o tym czytać, też bez przesady, świat się na tym nie kończy, są też kwiaty, panie Welsh, kwiaty, słońce, przyjaźń i truskawki z bitą śmietaną. Czy pan, panie Welsh naprawdę uważa, że to tak jest z nami wszystkimi, że jesteśmy tacy niedobrzy? Czy pan naprawdę tak sądzi, jak tak można sądzić, panie Welsh? Żartowałem. Chodzi o to, że te dobre pomysły fabularne trochę giną w tej czystej, choć niewątpliwie zabawnej, nienawiści bijącej z tekstu. Bo to ciągle jest robione na wysokim stopniu zalkoholizowania ewentualnie na kokainie, więc nie ma oddechu, ale ile można taką papkę ciamkać. To jest tak, jak się siedzi i ktoś się oto emancypuje z towarzystwa ze swoim problemem zwanym obiegowo złą lub dobrą jazdą, i zaczyna opowiadać, i wtedy jest śmiesznie, ale w pewnym momencie musi przestać, bo robi się nudnawo. Ale są dobre momenty, ciekawa jest ta jego działalność sabotażowa, jak on wszystkim stara się dowalić, jak po kryjomu przypala kumplowi papierosem poduszki na sofie. Albo jak komendantowi bodajże wykrada jego scenariusz i jak mu go spala, kasuje i wszystko. Albo ten kurs antyrasistowski w celu stworzenia policji poprawnej politycznie. Albo jak dzwoni do żonki kumpla jako zboczeniec, jak niby później tego zboczeńca poszukuje, jak z nią kopuluje potem, a koleżkę wrabia, że okazuje się, że to niby on dzwonił. W ogóle cały wątek walki o awans, ten cudowny egoizm i cała ta totalność i groteskowość tego egoizmu. To są wszystko dobre pomysły, ale jednak trochę im szkodzi to co mówiłem, zachodzi taki brak proporcji. No i pomysł demonicznego tasiemca wynurzającego się z tekstu też się mnie podoba, ale to do czego prowadzi, czyli wytłumaczenie motywacji bohatera, że wszystko jest właściwie w dzieciństwie trochę jednak takie zgrane. Po prostu dość płyciutka wydaje się ta książka, nie ma w niej takiego trójwymiaru, wielogłosowości jak w ‘Porno’ - jak dla mnie bardzo mocnej rzeczy. Oni z gazet na okładce porównują ‘Ohydę’ do ‘Trainspotting’, że dorównuje, ale dla mnie ‘Trainspoting’ jako książka wcale nie jest taką masakrą, żeby to była jakaś wielka nobilitacja. To znaczy jest świetna jak na debiut. Oni pisali to przed ‘Pornem’ i nie wiedzieli jeszcze, że to taki duży pisarz. A ja już mam teraz wymagania i dlatego uważam to za zaledwie dobre.

tasiemiec
(…)no i pomysł demonicznego tasiemca wynurzającego się z tekstu też się mnie podoba(…)

kwiecień 11, 2007

ostatnia piosenka o zosi - suplement

Kategoria wpisu: tvc15 — p z @ 7:12 pm

W charakterze suplementu do tej założycielskiej prakatastrofy - wideo z udziałem Chrisa Isaaka, jego owłosionych kończyn oraz Laetitii Casty i jej nieprawdopodonie nieowłosionych kończyn:

Weź się w garść, Chris.

Starsze wpisy »

Blog at WordPress.com.