chaotyczne akty bezsensownej przemocy
I tak na przykład z serii ‘recenzje książek, których nie czytałem albo nie pamiętam’ ‘Chaotyczne akty bezsensownej przemocy’, na którą niebywale się grzałem, gdyż po pierwsze tytuł jest tak mistrzowski, że jak wymyślisz taki tytuł, to już właściwie masz napisaną książkę, po drugie niby ulubiony pisarza W. Gibsona. I pomysł na książkę też świetny, weź dwunastolatkę i jej dzienniczek, wrzuć ją w przyszłość, rozpadający się NY, kryzys ekonomiczny, jakieś junty na ulicach, gangi dziecięce, dojrzewanie w trybie fast forward, szukanie płciowości, źli ludzie, źli dorośli wariaci. No i tak czytałem, napięcie rosło, coś się tam podskórnie działo po tym ugładzonymi notatkami dzienniczka, w tym sensie, że niedobry świat tylko wyziera od czasu do czasu, ale jeszcze Lola wszystko trzyma tą swoją niewinnością, nie wszystko zostaje nazwane. I jedyne do czego mam zarzut, to że nie pękło należycie, że eskalacja przemocy była wystarczająca jak na moje osobiste potrzeby. Miałem nadzieję, że się zacznie naprawdę ostre piekiełko, ale Womack chyba się nieco bał grafomanii, jakiegoś popuszczenia cugli. Jest do dupy, jak czekasz na tąpnięcie, ale się nie doczekowywujesz, ostatnia strona, niby krwawa zemsta na złym pracodawcy starego, ale jednak zbyt mało to chaotyczne i zbyt mało bezsensowne, nie ma jatki. Książka jest świetna, nic nie mówię, co Womack może za jakieś moje projekcje, ale dać mu jakiegoś chipa neobrutalistycznego i bym kochał. I żeby jeszcze bardziej wjechał na język przy końcu, chociaż niby zachodzi tam jakaś przemiana, znikają przecinki, wchodzi slang, ale jakoś tak nie do końca, słabo. Może to zginęło w przekładzie, nazwisko Łoziński po tym tłumaczeniu Tolkiena z Bilbem Bagoszen jest jakby z deczka podejrzane. Ja tam nie jestem jakimś fetyszystą języka, to znaczy mi się wydaje, że ten podział i odwieczna wojna młodopolskawych napierdalaczy i eksperymentatorów kontra zdyscyplinowanych męskich prozaików, wykrzykujących raz po raz „opowieść!”, „historia!”, „warsztat!” to dla mnie trochę zbędne. Wszystko ma swoją funkcję, i bełkot, i nuda, i fabuła, i jej brak. Jak nie widać co po co, to czytelnik jest za głupi, albo za głupi jest autor. To są właściwie trochę czary, ale już widzę tych racjonalnych recenzentów z gazet i ich twarde opinie, stałe kryteria, że tu brak obowiązkowych trzech punktów kulminacyjnych, a tu coś. Te dyskusje czym co jest, a czym co nie jest, dlaczegóż, a po cóż. A ja już wszystko wiem, przerzuciłem się na inteligencję czystą, wtórne naturszczykostwo i proste wyczucie zajebistości. Jestem młody, muszę się wyszaleć. Nie ma się co spinać, tylko smaczek sobie ostrzyć. A nie oceniać się nie da z drugiej strony, nie oszukujmy się, gwiazdki muszą być, ja rozumiem, że rozumieć mamy chcieć, ale co zrobić jak nie ma co rozumieć. Jak masz jakieś tezy rozpisane na książkę, pociągnięte gładziutkim stylem, nieważne jakie, czy ideologiczne, antropologiczne, jakieś teoretyczno-literackie, czy inne, to nic z tego nie będzie, te wszystkie bezduszne giereczki pomo dla samych giereczek, feministyczne parabolki, albo staranne smutne dowody na działanie mechanizmu wykluczenia. Specjalnie unikam nazwisk, żeby uniemożliwić ewentualną polemikę moim nie tak licznym jak kiedyś, choć coraz liczniejszym, aczkolwiek wciąż niezadowalająco, i chyba nie tak licznym jak na poprzednim blogu, na którym pisałem o tajemnicach alkowy, choć wkrótce zapewne liczniejszym, to znaczy mam taką wielką nadzieję, czytelnikom. O czym to ja miałem? Jakby Womack zrobił przełamanie, bramy piekieł rozwarł, byłoby mega. Niby coś takiego jest na samym końcu, ale właśnie się wtedy kończy.

A wczoraj obejrzałem ‘Historię przemocy’ Cronenberga. I tam sprawa jest jakby podobna. Mamy amerykańską rodzinkę na prowincji, dobrego tatuśka, który okazuje się zabijaczem. I to jest dobrze ostro zestawione, leniwa mała ojczyzna kontra charakterystyczne wejścia z rozwalonymi ryjami, które się jeszcze ruszają w żuchwie, assassinowskimi technikami i w ogóle sceny akcji, co wyglądają jak cytaty na tej wsi i tak dalej. Ogólnie fajny film nawet, przemoc na ekranie wygląda lepiej. Lubię jak ktoś komuś rozpierdala głowę i potem ma krew na koszuli i twarzy.
Ps. Swoją drogą, zastanawialiście się kiedyś, jakimi ćpunami muszą być ludzie, którzy wymyślają okładki ambitnych serii wydawniczych Kameleon i Salamandra?




