cola, piłkarzyki i problemy
Wczoraj piliśmy colę, bardzo dużo coli. Całą noc, to jest kilka razy, grałem w piłkarzyki, bo dziewczyna zza baru miała kluczyk i było za darmo. Pierwszy raz widziałem jak to w środku wygląda. Grałem w parze z jakąś inną, której nie znałem, przeciwko dwóm jakimś, których też nie znałem. Trochę się zmienialiśmy, ale głównie grałem na obronie. Miałem bramkarza i dwóch obrońców. Przegrywaliśmy, moim zdaniem była to wina tej całej Izy, ale jej nie mówiłem, żeby nie robić przykrości. Zamiast tego mówiłem ‘Jeszcze wygramy’ co jakiś czas. To nieprawdopodobne, ale niektórych ludzi śmieszy sam fakt, że ktoś coś powtórzy ileś tam razy. Są warunki, w których być osobą dowcipną to żadne wyzwanie i zero satysfakcji. Co do piłkarzyków, to nie jestem jakimś arcymistrzem, ale coś tam powoli umiem. Zauważyłem, że wciąż mam tendencje do wieszania się na bramkarzu. Muszę nad tym popracować. Te dziewczyny strasznie szczebiotały, wznosiły radosne okrzyki jakby kurwa nie wiem co się działo albo jaka to była zabawa. Wolę jednak grać z kumplami. Wtedy jest kultura, w miarę cisza nad stołem, a wypowiedzi jeśli są, to przemyślane, obliczone na psychologiczne zniszczenie przeciwnika. Poza tym dochodzi jeszcze jedno,co mogłoby być kolejną tandetną metaforą, ale naprawdę przez tę wczorajszą colę nie mam dzisiaj cierpliwości do bycia artystą. To znaczy pomysł mógłby być nawet genialny, nie jestem w stanie tego ocenić. Ale pracuję ostatnio nad kontrolowaniem obrazów, które pojawiają się w głowie, ponieważ to na dłuższą metę męcząca sprawa, więc to nie jest żadna metafora, tylko taki realizm. To, co piszę, to jest to, co piszę. No ale ten motyw jest taki, że po czwartym meczu mi się odechciało, a po piątym to już zupełnie, grałem jakbym był u roboty. Wiele razy myślałem, że zajebiście byłoby mieć taki stół w pokoju, ale teraz już wiem, że to chyba o to chodzi, żeby płacić. Bez tego nie ma takiej zabawy.
Poza tym gadałem dużo z takim literatem i znowu źle się zachowywałem. To znaczy śmiałem się z niego, zadawałem mu pytania tak dla żartów, a on odpowiadał. I pewnie widział, że trochę się z niego śmieję, ale przecież jest kulturalny. To było szczeniackie z mojej strony. To, że ktoś kończy każde zdanie na „nie?”, opowiada historie bez puent i twierdzi, że ma zdolność przewidywania pogody dzięki swoim nastrojom wcale nie oznacza, że nie zasługuje na szacunek. Wiem jak to brzmi, ale mówię poważnie. Lepsze historyjki bez puent, niż to paniczne dbanie o formę anegdotki i rozlewanie coli oraz odpalanie papierosa od papierosa, kiedy dowcip nie wyjdzie, a klaka rozeszła się po kiblach. Naprawdę poczułem się jak gówno. To, że pierwszy nazwę kogoś oryginałem, nie spowoduje wcale, że będę mniej wyalienowany, czy coś. Nic z tego. Jedyna szansa to być sympatycznym. A ja się bawiłem w mafioza, bo obejrzałem sobie ostatnio ‘Chłopaków z ferajny’ i chciałem być jak Joe Pesci. I zawsze dotykam strun jak ktoś gra na gitarze. Nie mogę się powstrzymać. Przykładam policzek do pudła. Jest takie chłodne i naturalne. Ja pierdolę, jestem kretem, tak sobie pomyślałem. Najgorszym z kretów. Ślepym i z zarazkami. I wtedy otworzyłem się na drugiego człowieka, zrozumiałem truizm, że poczucie smaku i filtr na zbyt przekombinowane porównania nie są potrzebne, żeby życie bolało. I pogadaliśmy sobie o sprawie miłości. Pierwsza miłość jest jak hak, który wyrwany z serca zostawia w nim jamę, w której inne mogą się już tylko babrać. Każdy to ma chociaż trochę, dopuszcza taką ewentualność, że go to dotyczy, bo to klasyczny motyw. I o piosence Patti Smith, w której jakiś gość stoi nad przepaścią i wbiegają w niego konie widma, i to jest natłok możliwości, ale w piosence jest tylko spokój. Wymieniliśmy się telefonami i powiedziałem, że jak chce przyjść na Eurosport pooglądać ligę angielską to zapraszam. Ja nie oglądam, ale z kimś mogę. Czułem się winny.
Mam jeszcze jeden problem, dotyczący interakcji między mną a ludźmi. Chodzi mianowicie o to, że przez mimikę zdradzającą pewne oznaki żywego życia emocjonalno-intelektualnego, ludzie mi nie wierzą. Podejrzewają, że nie widziałem filmów i nie czytałem książek, o których z nimi rozmawiam. Widzę to. Owszem, swego czasu kłamałem, że zapoznałem się z dziełami, ale teraz uważam, że nie muszę i nie robię tego. Przeczytałem już tyle książek, że czuję się spełniony w tej kwestii. Nie muszę przecież znać wszystkiego. To nie znaczy, że nie czytam, po prostu mam święte prawo do luk i niewiedzy. Co innego filmy. Filmów oglądałem kiedyś więcej, później trochę mniej, ostatnio znowu na więcej. O filmach nigdy nie kłamałem, że nie widziałem. W ogóle przypomina mi się ‘Zelig’ i motyw ‘Moby Dicka’. ‘Moby Dicka’ przeczytałem, chcę żebyście wiedzieli. Ale zawsze myślałem, że Melville to angielski pisarz. Ostatnio się zbłaźniłem jak to wyszło. Jest amerykański. W ogóle z Woodym Allenem też ciekawa sprawa, bo kilkakrotnie zarzucano mi, że kopiuje z niego image, to znaczy raczej sposób wypowiadania się, czy może lekkie rozstrojenie, niż powierzchowność, bo jestem dalece przystojniejszy i uważam, że zupełnie mało komiczny z ryja. W każdym razi zarzuty były niesłuszne, bo widziałem wtedy jeden jego film i do tego ten beznadziejny o gościu, co schodzi z ekranu, ona się w nim zakochuje, coś tam, i wcale nie istniał ten człowiek w teatrzyku mojej wyobraźni. Dopiero w ostatnim czasie, roku chyba, obejrzałem trochę jego filmów. Najbardziej lubię ‘Zeliga’. Podobno Robert Makłowicz jest przez znajomych nazywany Zeligiem, bo uczy się języków. Znajomi Roberta Makłowicza widocznie nie zrozumieli tego ważkiego intelektualnie filmu. Doprowadza mnie do szału jak ktoś nie rozumie ‘Zeliga’ tak jak ja. W ostatnich czasach szczególnie doceniam wagę tego obrazu, gdyż przeżywam okres ponownego zachwiania tożsamości, wynikającego z niezdrowej obsesji na punkcie pewnego wokalisty amerykańskiego zespołu. Mam nadzieję, że to minie, bo już nie mogę, moi bliscy też mają trochę dosyć. Ale powróćmy do mojego problemu. Ludzie myślą, że nie widziałem tych filmów, nie czytałem tych książek. A ja po prostu mylę nazwy, tytuły, nazwiska, fabuły. Mój mózg spełnia się raczej w wytwarzaniu struktur, niż na samych elementach, rozumiecie. Niektóre rzeczy po prostu się zapomina. Dla mnie się liczy obcowanie ze sztuką tu i teraz, rozumiecie. Nie traktuje owego obcowania jak dokarmiania kreatury erudycji. Bo erudycja to jest potwór. Piszę o tym, bo trochę mnie boli cała ta sprawa. Włożyłem bardzo dużo wysiłku, żeby być mniejszym dupkiem niż kiedyś i wymagam, żeby zostało to docenione. Po prostu mi się to kurwa należy, tak jak każdemu. Żądam, żeby ludzie byli dla mnie mili. Chcę mulatek z wachlarzami i darmowej coli.

