fabryka

luty 28, 2007

cola, piłkarzyki i problemy

Kategoria wpisu: filmy, txt — p z @ 2:19 pm

Wczoraj piliśmy colę, bardzo dużo coli. Całą noc, to jest kilka razy, grałem w piłkarzyki, bo dziewczyna zza baru miała kluczyk i było za darmo. Pierwszy raz widziałem jak to w środku wygląda. Grałem w parze z jakąś inną, której nie znałem, przeciwko dwóm jakimś, których też nie znałem. Trochę się zmienialiśmy, ale głównie grałem na obronie. Miałem bramkarza i dwóch obrońców. Przegrywaliśmy, moim zdaniem była to wina tej całej Izy, ale jej nie mówiłem, żeby nie robić przykrości. Zamiast tego mówiłem ‘Jeszcze wygramy’ co jakiś czas. To nieprawdopodobne, ale niektórych ludzi śmieszy sam fakt, że ktoś coś powtórzy ileś tam razy. Są warunki, w których być osobą dowcipną to żadne wyzwanie i zero satysfakcji. Co do piłkarzyków, to nie jestem jakimś arcymistrzem, ale coś tam powoli umiem. Zauważyłem, że wciąż mam tendencje do wieszania się na bramkarzu. Muszę nad tym popracować. Te dziewczyny strasznie szczebiotały, wznosiły radosne okrzyki jakby kurwa nie wiem co się działo albo jaka to była zabawa. Wolę jednak grać z kumplami. Wtedy jest kultura, w miarę cisza nad stołem, a wypowiedzi jeśli są, to przemyślane, obliczone na psychologiczne zniszczenie przeciwnika. Poza tym dochodzi jeszcze jedno,co mogłoby być kolejną tandetną metaforą, ale naprawdę przez tę wczorajszą colę nie mam dzisiaj cierpliwości do bycia artystą. To znaczy pomysł mógłby być nawet genialny, nie jestem w stanie tego ocenić. Ale pracuję ostatnio nad kontrolowaniem obrazów, które pojawiają się w głowie, ponieważ to na dłuższą metę męcząca sprawa, więc to nie jest żadna metafora, tylko taki realizm. To, co piszę, to jest to, co piszę. No ale ten motyw jest taki, że po czwartym meczu mi się odechciało, a po piątym to już zupełnie, grałem jakbym był u roboty. Wiele razy myślałem, że zajebiście byłoby mieć taki stół w pokoju, ale teraz już wiem, że to chyba o to chodzi, żeby płacić. Bez tego nie ma takiej zabawy.

Poza tym gadałem dużo z takim literatem i znowu źle się zachowywałem. To znaczy śmiałem się z niego, zadawałem mu pytania tak dla żartów, a on odpowiadał. I pewnie widział, że trochę się z niego śmieję, ale przecież jest kulturalny. To było szczeniackie z mojej strony. To, że ktoś kończy każde zdanie na „nie?”, opowiada historie bez puent i twierdzi, że ma zdolność przewidywania pogody dzięki swoim nastrojom wcale nie oznacza, że nie zasługuje na szacunek. Wiem jak to brzmi, ale mówię poważnie. Lepsze historyjki bez puent, niż to paniczne dbanie o formę anegdotki i rozlewanie coli oraz odpalanie papierosa od papierosa, kiedy dowcip nie wyjdzie, a klaka rozeszła się po kiblach. Naprawdę poczułem się jak gówno. To, że pierwszy nazwę kogoś oryginałem, nie spowoduje wcale, że będę mniej wyalienowany, czy coś. Nic z tego. Jedyna szansa to być sympatycznym. A ja się bawiłem w mafioza, bo obejrzałem sobie ostatnio ‘Chłopaków z ferajny’ i chciałem być jak Joe Pesci. I zawsze dotykam strun jak ktoś gra na gitarze. Nie mogę się powstrzymać. Przykładam policzek do pudła. Jest takie chłodne i naturalne. Ja pierdolę, jestem kretem, tak sobie pomyślałem. Najgorszym z kretów. Ślepym i z zarazkami. I wtedy otworzyłem się na drugiego człowieka, zrozumiałem truizm, że poczucie smaku i filtr na zbyt przekombinowane porównania nie są potrzebne, żeby życie bolało. I pogadaliśmy sobie o sprawie miłości. Pierwsza miłość jest jak hak, który wyrwany z serca zostawia w nim jamę, w której inne mogą się już tylko babrać. Każdy to ma chociaż trochę, dopuszcza taką ewentualność, że go to dotyczy, bo to klasyczny motyw. I o piosence Patti Smith, w której jakiś gość stoi nad przepaścią i wbiegają w niego konie widma, i to jest natłok możliwości, ale w piosence jest tylko spokój. Wymieniliśmy się telefonami i powiedziałem, że jak chce przyjść na Eurosport pooglądać ligę angielską to zapraszam. Ja nie oglądam, ale z kimś mogę. Czułem się winny.

Mam jeszcze jeden problem, dotyczący interakcji między mną a ludźmi. Chodzi mianowicie o to, że przez mimikę zdradzającą pewne oznaki żywego życia emocjonalno-intelektualnego, ludzie mi nie wierzą. Podejrzewają, że nie widziałem filmów i nie czytałem książek, o których z nimi rozmawiam. Widzę to. Owszem, swego czasu kłamałem, że zapoznałem się z dziełami, ale teraz uważam, że nie muszę i nie robię tego. Przeczytałem już tyle książek, że czuję się spełniony w tej kwestii. Nie muszę przecież znać wszystkiego. To nie znaczy, że nie czytam, po prostu mam święte prawo do luk i niewiedzy. Co innego filmy. Filmów oglądałem kiedyś więcej, później trochę mniej, ostatnio znowu na więcej. O filmach nigdy nie kłamałem, że nie widziałem. W ogóle przypomina mi się ‘Zelig’ i motyw ‘Moby Dicka’. ‘Moby Dicka’ przeczytałem, chcę żebyście wiedzieli. Ale zawsze myślałem, że Melville to angielski pisarz. Ostatnio się zbłaźniłem jak to wyszło. Jest amerykański. W ogóle z Woodym Allenem też ciekawa sprawa, bo kilkakrotnie zarzucano mi, że kopiuje z niego image, to znaczy raczej sposób wypowiadania się, czy może lekkie rozstrojenie, niż powierzchowność, bo jestem dalece przystojniejszy i uważam, że zupełnie mało komiczny z ryja. W każdym razi zarzuty były niesłuszne, bo widziałem wtedy jeden jego film i do tego ten beznadziejny o gościu, co schodzi z ekranu, ona się w nim zakochuje, coś tam, i wcale nie istniał ten człowiek w teatrzyku mojej wyobraźni. Dopiero w ostatnim czasie, roku chyba, obejrzałem trochę jego filmów. Najbardziej lubię ‘Zeliga’. Podobno Robert Makłowicz jest przez znajomych nazywany Zeligiem, bo uczy się języków. Znajomi Roberta Makłowicza widocznie nie zrozumieli tego ważkiego intelektualnie filmu. Doprowadza mnie do szału jak ktoś nie rozumie ‘Zeliga’ tak jak ja. W ostatnich czasach szczególnie doceniam wagę tego obrazu, gdyż przeżywam okres ponownego zachwiania tożsamości, wynikającego z niezdrowej obsesji na punkcie pewnego wokalisty amerykańskiego zespołu. Mam nadzieję, że to minie, bo już nie mogę, moi bliscy też mają trochę dosyć. Ale powróćmy do mojego problemu. Ludzie myślą, że nie widziałem tych filmów, nie czytałem tych książek. A ja po prostu mylę nazwy, tytuły, nazwiska, fabuły. Mój mózg spełnia się raczej w wytwarzaniu struktur, niż na samych elementach, rozumiecie. Niektóre rzeczy po prostu się zapomina. Dla mnie się liczy obcowanie ze sztuką tu i teraz, rozumiecie. Nie traktuje owego obcowania jak dokarmiania kreatury erudycji. Bo erudycja to jest potwór. Piszę o tym, bo trochę mnie boli cała ta sprawa. Włożyłem bardzo dużo wysiłku, żeby być mniejszym dupkiem niż kiedyś i wymagam, żeby zostało to docenione. Po prostu mi się to kurwa należy, tak jak każdemu. Żądam, żeby ludzie byli dla mnie mili. Chcę mulatek z wachlarzami i darmowej coli.

luty 25, 2007

pierdolić morze

Kategoria wpisu: txt — p z @ 6:32 pm

A karuzela kręci się i kręci. Jednooki karzeł jest tu maszynistą, czy jak to się nazywa.
Pieprzony zrzęda.
Wrzód na dupie wszechświata.
Uruchomił ją tylko. Nacisnął świecący na zielono zbrojony przycisk, po czym zamknął szafkę z panelem i poszedł pić.
A karuzela kręci się i kręci.
A my na tej karuzeli, na odrapanych jednorożcach, gnamy przed siebie.

Widzę trochę ludzi przed sobą.
Niektórzy pewnie myślą, że są bliżej.
Jakieś tam twarze niektórych nawet poznaję.
Patrzę za siebie i wiem, że tamci wcale nie są dalej.
Ciekawe, czy oni myślą, że jestem bliżej.
Ciekawe, czy myślą, że są bliżej od tamtych za nimi.

Ten gość przede mną chyba umarł.
Blady facet we fraku i cylindrze podjeżdża taczką.
Zahacza trupa o kołnierz i szarpie. Trup upada na piach i zaraz odjeżdżają.
Jego nogi i ręce śmiesznie sterczą z taczki.
Wygląda jakby za dużo wypił.

Karzeł poszedł, ale przyszedł ten brodaty grubas w poplamionym podkoszulku ze strzelnicy.
Tam możesz postrzelać do latających ryb.
Stoi, pali wiśniową cygaretkę, ciągnie koniak z gwinta i krzyczy:
- Dokąd jedziesz, młody?
- Nad morze jadę, nad morze.
- To jesteś blisko.
Uderzam ostrogami w twarde boki z tworzywa sztucznego. Znów wierzę, że jestem bliżej niż kiedykolwiek.
Gnaj, gnaj koniku kopytniku, gnaj, patataj, patataj.
Jestem już prawie.
I walę ostrogami w te twarde boki. Dzwonią głucho. Wierzchowiec jest niezmordowany.
W końcu opadam z sił. Pięty pulsują i bolą. Chyba się zapomniałem.

Grubas wciąż tam stoi, widzę go jak znów łagodnie wynurza się zza zakrętu.
- Łap młody.
Rzuca mi butelkę koniaku.
Jakiegoś taniego.
Dziwne, że złapałem.
Nie zna się nazw tanich koniaków.
Nie znam wielu nazw drogich koniaków.
Łapię i wypijam duszkiem.
Grzeje jak skurwysyn.
Nie mogę zebrać myśli. To pociągam jeszcze kilka razy.
Pociągam jeszcze kilka razy.
Nie wiem.
Gubię się.

Trochę się nie przechylam w tę stronę, co powinienem się w nią przechylić.
Ląduję na glebie. Mam zdarte kolana.
Wyglądają jak świeże pomidory bez skórek.
Grubas podaje mi rękę. Czuję pieczenie.
- Spierdoliłeś się, młody. Co teraz? – mówi.
- Kurwa, rozlałem twój koniak – mówię, podnosząc butelkę.
Trochę tam coś jednak zostało.
- To nic. Ale co z twoim morzem stary?
- Pierdolić morze. Jest efekt cieplarniany, lodowce topnieją. Jak nie ja do niego, to ono do mnie.
- Napijemy się?
- Jasne.

Obok przejeżdża blady gość z taczką i bosakiem zahaczonym o szlufkę spodni.
Że się nie pozabija o ten bosak.
Patrzy potępieńczo, syczy i pluje robakami.
Gruby mówi do niego:
- Napijesz się z nami stary? Zapraszam na tequillkę.
- Na jednego mogę.
Odpowiada.
Idziemy w stronę szyldu.
Pięty mnie bolą.
Wskakuję do tej taczki.
- Nie obraź się. Trochę mnie nogi bolą.

luty 21, 2007

offline 15:23 - 17:23

Kategoria wpisu: txt — p z @ 2:22 pm

Teraz strzelę sobie krótką drzemkę, więc nie mogę odpowiadać na komentarze i uczestniczyć w naszej gorącej dyskusji o Augustowie. Wracam za jakieś dwie godziny. Stay tuned.

pajęczy ład, muszy chaos

Kategoria wpisu: muzyka, tvc15, txt — p z @ 12:54 przed południem

I nagle bohater tego bloga rozgląda się i pisze, zamiast cokolwiek podnieść lub choćby przesunąć. Nie sięga po kubek, chociaż w gardle sucho. Nie sięga po książkę, choć kultura to jednak obowiązek. Potworek, którego należy dokarmiać, żeby mieć tematy na te przejścia stąd tam, mieć te filtry, które ustrzegą przed czarnymi dziurami za każdą rzeczą. Ale można ich nie dotykać i pozostać na moment w pajęczym ładzie. Płyta z filmem podpisana markerem. Lepiej nie podnosić, choć byłaby to oczywiście sensowna inwestycja w jutro, obejrzeć, podłapać scenę, jedno ujęcie, które wyjaśni coś, które pozwoli czemuś, co stanie się jutro pobyć przez chwilę w krótkim jak mgnienie oka błysku. Nawet gdyby miały to być dwa zdania zamienione w celu zamienienia dwóch zdań.

Poruszyć cokolwiek oznaczałoby odsłonić wijące się w wilgoci, białe korzonki chaosu. Włażące w rany i żrące żywe mięso. Po kilku dniach zamieniające się w muchy plujki.

larv

Więc bohater tego bloga rozgląda się i pisze, a chaos wije się pod rzeczami. Więc pisze, pokoik jest czysty, w szafkach wysprzątane, kurzyk starty, ale już za progiem przestrzeń publiczna i zakazy, już na półpiętrze w doniczce z daleka je widać jak wyłażą. Wiatr wieje, odrywa od chodnika plastikową tackę, nie wiedzą gdzie uciekać.

Były obawy, że te wijące się białe korzonki znikły dzięki długim staraniom, a z nimi znikła jakaś iskra boża. Ale najwyraźniej jeszcze można równie mocno o nich pamiętać, zupełnie jak przed tym kilkuletnim wielkim truciem z użyciem bezlitosnej chemii. Słodzić kawę, przechylać delikatnie łyżeczkę, patrzeć na lawinę kryształków, rozpuszczającą się w czerni i wciąż szukać jednego czarnego kryształka w tysiącu białych.

Bohater tego bloga zatoczył koło od muszego chaosu przez pajęczy ład z powrotem w chaos. Od pełnej zgody przez gesty negacji, tworzące przytulny wielościan, w którym sobie pobył. Od pornosów Hustlera przez sielskie sceny miłosne w cieniu kwitnącej jabłoni. Od batalistycznych scen nietrzeźwości przez maminą układność. Od dokładności dobrego dowcipu przez ryzykowną nieczytelność takich jak to uogólnień. Karuzela wykonała jeden obrót, mdłości mijają, co oznacza, że się przywyka.

Liczby loopów nie można określić, a rozpadu się nie zauważa. Basinski nie odzywa się w swoich piosenkach słowem i zamyka temat:

luty 10, 2007

endlos

Kategoria wpisu: muzyka — p z @ 11:59 pm

Endlos jest dobry. Na początek radzę ‘Das musste ja so kommen EP’ cokolwiek to znaczy, a potem na ich stronie całe mnóstwo już mniej ciepłych, raczej ortodoksyjnych breakbeatów, chwilami wręcz zimnofalowych (np. ‘Die gedanken sind leer’ miecie, brzmi jak Siekiera w wersji na nieme androidy), które nawet wolę (całe ‘Zustand Abstand’ na przykład). Jak i rozszerzona wersja tej EP-ki.

endlos

Dużo miękkich klawiszy zaprzęgniętych w złamane rytmy, fajnie zardzewiałe na przykład w tracku numer trzy. Zawsze też jakaś wkładka mięsna w postaci saksofonu, ksylofonu, balafonu, czy innego kutafonu. Eleganckie świdrujące mgiełki w czwórce i piątce. Na finał repetycyjna gitarka, może i na granicy banału, ale co. Jak ktoś lubi słodkawe miodowo-eukaliptusowe elektroniczne emo w stylu Morr Music to proszę brać.

A jak nie to też brać, tylko tamte inne. Brać słuchać, układać myśli w równe przebiegi, posprzątać pokoiki, w których mają państwo komputery. Zaprowadzać pajęczy ład i być gotowym, bo chaos oblizuje ząbki za drzwiami.

Starsze wpisy »

Blog at WordPress.com.