fabryka

styczeń 31, 2007

polowanie na foki.

Kategoria wpisu: txt — p z @ 1:52 pm

foki

Byłem blisko, dotykałem wody nosem. Nie umiem pływać, ale lepiej utonąć z własnej woli, niż pozwolić, żeby te chuje rozłupały ci czaszkę młotkiem. I znowu za wolno. Niedobrze.
Krew na śniegu.

styczeń 30, 2007

życie ma sens

Kategoria wpisu: tvc15 — p z @ 12:12 pm

Życie ma sens o tyle, o ile jest szukaniem celnych metafor, gdyż w stanie czystym jawi się jeno kloaczną czarną dziurą. Dixi.

styczeń 26, 2007

lekcja anatomii pt.II

Kategoria wpisu: książki, txt — p z @ 6:33 pm

Jakoś tam zamieniam się w Nathana Zuckermanna z ‘Lekcji Anatomii’ Rotha. Jak to szło? ‘Mężczyzna chory potrzebuje matki’? ‘Mężczyzna cierpiący’ ? W każdym razie jak nie sraka, to padaka. Wybieram się do pani doktór o poranku, o godzinie 8. Nie zwykłem wstawać o tej porze, gdyż żadne okoliczności nie zmuszają mnie do tego ostatnimi czasy, a mogłyby mnie zmusić jedynie okoliczności, sam zmusić się nie potrafię, choć chciałbym potrafić.

Idę więc i co oczywiste i tak przewidywalne, dzień w którym musiałem wstać o ósmej, jest pierwszym dniem śnieżnym, pierwszym naprawdę mroźnym. Idę i – jak to czynię od jakiegoś tygodnia, a chyba i dłuższego czasu – oczekuję tej latarenki mojego organizmu, która zaraz zapulsuje, zaalarmuje. I przejdzie zbawienny, kłujący ból od palca małego, przed przedramię, ramię, łopatkę, do odcinka szyjnego, gdzie zniknie, by znowu wyłonić się u początku. Moje syzyfowe cierpienia, delikatne żleby mych nerwów. I znów wspomnę Nathana Zuckermanna w gorsecie ortopedycznym, na leżance rehabilitacyjnej, trawiącego dni na rozczytywaniu przez szkła pryzmatyczne wywodów znienawidzonego i nienawidzącego krytyka. I jego kobiety. Jakże tekst służy tym stworzeniom. Ile ich było? Jak to szło? ‘Opuszczały nad nim swoje otwory’?

Choroba, schorzenie, zwyrodnienie nie zawodzi. Rwie ręka na skutek nadwerężenia barku, biceps kurczy się i rozkurcza pod wpływem silnego impulsu elektrycznego, łopatki wstrząsane napięciem trzepoczą jak skrzydła anioła. Miotając się aleją, od hydrantu do drzewa, od drzewa do skrzynki na listy, jak ten parchaty żydzina Nathan Zuckermann szukam źródła bólu nie w ciele, w oczywistej zawianej kontuzji sprzed dwóch lat, ale w tym, czego jako artysta i humanista nie mogę lekceważyć – w psyche. Wielka to w dzisiejszych czasach łatwość unikać mówienia o psyche. Wielka łatwość, ale i zguba. Ja zguby nie pragnę, pragnę przeżyć me życie w pełni.

Idą do pani doktór myślę o przyczynach mego bólu, lecz nic wymyślić nie mogę, gdyż na powrót wracam do Zuckermanna, ciągnę w przeciwną stronę, w dzieciństwo, upadek na szpitalne linoleum przy porodzie, będący ledwie pierwszym upadkiem tej godnej pożałowania serii upadków zwanej życiem, inne takie. Nic z tego. Żydowska morda Zuckermanna gapi się na mnie zza pryzmatów, ognisty promień spojrzenia wypala znak na moich plecach. Szpik gotuje się w kościach. Miotając się aleją, zmierzam do pani doktór i wciąż szukam przyczyny.

miles
(Miles Dewey Davis III - (ur. 26 maja 1926 w Alton w Illinois, zm. 28 września 1991 w Santa Monica w Kalifornii) – sławny amerykański trębacz, lider grup jazzowych i kompozytor, uznawany za jednego z najbardziej znaczących i innowacyjnych muzyków dwudziestego wieku. CIERPIAŁ NA ZWYRODNIENIE KRĘGOSŁUPA.)

Ciało nie kłamie, jest surowe, ale sprawiedliwe. Ciało zawsze odbierze to, co mu należne,. Ciało długów nie umarza. Miotam się, próbuję się do pani doktór domiotać i wspominam Zuckermanna. Czy jest to objaw jakiegoś chorobliwego utożsamienia się z postacią literacką? Ale dlaczegóż, dlaczegóż miałbym się z nim utożsamiać, skoro nie jestem ani sławny, ani tym bardziej znany? Czyżby stąd wziął się ten ból? Nie czuję się gorszy od tego żydziny, a mimo to nikt mnie nie zna? Czy na ten rozdźwięk, ten hiatus, ciało odpowiada pulsującym bólem? Czy właśnie to jest clou sprawy? Moje ciało silniejsze jest od ducha? Podczas gdy nie potrafię narzucić swojej woli światu i stać się w końcu postacią popularną – ono jest wiele długości przede mną, już wypaczone, powykrzywiane. Ono jest już Muzom złożone w ofierze, już sławą umęczone, kiedy mój umysł wciąż pozostaje w zaścianku pospolitego pragmatyzmu, dziengi zlicza, złotóweczka do złotóweczki. Czy jest tak, jak z kobietami właśnie? Nigdy nie miałem problemów z seksualną wydolnością, jednak emocjonalna moja sprawność zawsze pozostawała w tyle. Nigdy ekscesom mojej chuci nie potrafiłem sprostać emocjonalnie, zawsze ważyłem myśl starannie podczas miłosnych uniesień, odważałem każdy gramik refleksji z aptekarską precyzją. Niezdolny do szaleństwa. Czyżby i tak było tym razem? Mam ciało artysty i moralność parweniusza? A może mój organizm upośledza się świadomie, by skierować potencjał rozwojowy do środka, w kierunku płuc, serca, miejsc gdzie gnieździ się istota człowieczeństwa, by wreszcie ma dusza uderzyła materię z telekinetyczną mocą? Dlatego dusza, to słowo, które tak lekko wypowiadam i wypisuję wszędzie, drzwi w kiblach nie pomijając?

roth

(Philip Roth, urodził się w 1933 r., jeden z najwybitniejszych pisarzy amerykańskich, autor sławny, błyskotliwy i oryginalny. Napisał m.in. ‘Lekcję anatomii’. PRAWDOPODOBNIE RÓWNIEŻ CIERPIAŁ NA ZWYRODNIENIE, A PRZYNAJMNIEJ BÓLE, KRĘGOSŁUPA. Z DUŻYM PRAWDOPODOBIEŃSTWEM WYSTĘPOWAŁY ONE NA ODCINKU SZYJNYM.)

Tak myśląc, miotałem się do pani doktór, aż wmiotałem się do recepcji, z recepcji po schodach, dziwnie delikatnych, pnących się górę, w poczekalni chwila, moje nazwisko, mało popularne raczej nazwisko, wybrzmiewające szybko. Wpadam do gabinetu bez zmysłów. Nie patrzę, gnam przed siebie, przez gabinet, dotarłszy po reumatycznej linie rozciągniętej ponad światem aż tutaj, do kresu niedoli, ląduję między piersiami pani doktór i mówię, że boli. Ona mówi ‘majamil’.

styczeń 21, 2007

amazing adventures of diarrhoeaman

Kategoria wpisu: muzyka — p z @ 2:02 pm

A tak w ogóle to Revolution Void jest argumentem w ryj wszelkim malkontentom, że CC ma sens, że wolna muzyka to przyszłość itp. Z racji, że to twór profesjonalny, z profesjonalistami na instrumentach, których ‘ja się nie znam, nie kojarzę’.

Natomiast takie nu-jazzowe pitolenie mnie onegdaj nie podchodziło, bo kojarzyło mi się z Pascalem, tym kucharzem z TVN, trzydziestoletnimi młodymi małżenstwami, kuchnia z aneksem, robienie sałatki z przyjaciółmi ze studiów, żarty z polityków, tapetka muzyczna, nowe brzmienia, wiadomo. Ostatnio jednakże wyluzowałem, w imię intuicji, że największą niewolą jest niewola własnego umysłu. Towarzyszą temu problemy żołądkowe z cyklu diarrhoea, czego nie rozumiem i co jawi mi się makabrycznym żartem Matki Natury. Ale podchwytuję jej błogosławieństo i wskazania. Już starożytni Grecy wiedzieli, że ciało i umysł to jedno. Bądź jak luźna kupa, człowieku - rzecze Gaja - przeciekniesz wrogom między palcami.

Tak jak z tymi fajkami, nie rzucaj fajek, same cię rzucą. Już się sobą znudziliście, widujecie się raz na tydzień. Twój związek z fajkami jest jak taki związek u ludzi, co już zdechł, ale jeszcze się ludzie schodzą dla seksu. Szybki, finalnie zawsze smutny seks co środę, powiedzmy. Ach, nośność i przydatność porównań z tej wstydliwej sfery. Więc nie rzucaj, man. Same się wkurwią i pójdą. Bądź free, nie kalaj umysłu apriorycznymi formami poznania.

dosage
increase the dosage: archive/jamendo

W nawiązaniu do powyższego - mi Revolution Void pasuje. Groovy są dobre, bujające, a jak chce się wsłuchać, to można zawiesić ucho na solóweczkach, ale dla mnie raczej muzyka tła o funkcji - zagłuszyć szum tego jebanego wiatraczka. W ogóle to dopatruję w tej funkcji powodzenia wszelkich lejących się ambientów, soundscape’ów, dronów i innych laptopowych ciekłych wynalazków w naszej diabolicznie skomputeryzowanej erze. Że mianowicie jest to muzyka, wynurzająca się z szumu wiatraczka, który zmienił już struktury naszych mózgów, że ona zeń się wywodzi i to podstawowe dla nas - matczyne ! - doświadczenie słuchowe, przekształca wg zasad harmonii itp. Na przykład czasem kiedy śpię słyszę, że mój rosły płat czołowy jest chłodzony takim nadgorliwym wiatraczkiem. Chciałem napisać, że moje sny są chłodzone, ale bez przesady.

thread soul
thread soul: archive/jamendo

Koniec eseju.

ps. Coś nowego.

styczeń 17, 2007

dzień dobry

Kategoria wpisu: txt — p z @ 5:11 pm

Założyłem sobie tu, bo tu jest lepiej. Przekleiłem niektóre notki, które są dziedzictwem narodowym. Które nie są, nie. Ten blog ma różne rzeczy, których bym nie umiał sam zrobić. Zresztą tamtego sam też nie zrobiłem, tylko kolega. Mnie już nie interesują komputery od tej strony. Pamiętam jakieś pięć znaczników html. A tu jest wszystko i jest bardziej kolorowo. Będę stosował kolorowe obrazki. Miało się nazywać ‘piosenki’ ale jak założyłem to chciałem pod innym loginem i usunąłem, a tutaj jak się coś usunie, to już nie można na nowo założyć, życiowe. Nazywa się więc ‘fabryka mleka w proszku’. Tym razem nie będę udawał, że wiem dlaczego.

Starsze wpisy »

Blog at WordPress.com.