h1

stary młyn

wrzesień 10, 2009

Jakiś czas temu wyszliśmy z domu, żeby wyjść, nie zwariować i nie zagryźć się. Poszliśmy do lasku, gdzie jeździ się rowerami i wózkami z dziećmi, a nocą morduje i gwałci. Żeby wypić browar w słońcu nad stawem i popluć w łabędzie.

Chodź, powiedziałem, tam, muszę zobaczyć most i ten stary młyn. Kiedy paliłem, codziennie rano na niego patrzyłem i kiedy rzuciłem też patrzę. Jest z muru pruskiego, a ja lubię budynki z muru pruskiego, bo kojarzą mi się z makietami. Lubię makiety, bo kojarzą mi się z budynkami z muru pruskiego. Nie wiem dlaczego.

Poszliśmy na ten most. Jest tam na tyle wysoko, że nawet ten słodki pomyślik siada na chwilę mózgu. Zaraz leci sobie dalej, ale przez chwilę dobrze się patrzy jak pełznie Warta. Można też patrzeć na pociąg przewalający się za siatką. Towarowy nudny, ale lawety już piękniejsze, blask się miota tuż pod lakierem, jakby chciał wylecieć, a znowu osobowe z woskowymi figurami takie fabularne, wiozą te historyjki, pachną kurzem i szlugami. I kiedy się patrzy na torowisko, pokryte rdzą tak grubo, jakby w ogóle było ulepione z papryki w proszku i śliny, wtedy też się pojawia słodki pomyślik. Motylek czarno-biały. Ale też zaraz leci sobie dalej.

Idziemy, ale już widzę, że coś nie gra. Już czuję niepokój podobny do tego, kiedy podniosę głowę znad książki w autobusie i widzę, że minąłem przystanek. Nie ma go, mówię, nie ma go, kurwa. Przysięgam, że tu był. Rano patrzyłem, nie paliłem, piłem kawę i patrzyłem, wystawał, jak zawsze wystaje. Zabrali. Władze zabrały. Będą z tego budować tanie mieszkania. Będą budować urzędy fachwerkowe.

Dzisiaj wstałem, nie zapaliłem, jadłem śniadanie i patrzyłem przez okno. Nadal tam stoi. Nigdy się nie nauczę. Choć czytałem, że spłonął trzy lata temu, następnym razem też tam pójdę i będę zdziwiony. Widziałem go z bliska miesiąc temu. To może nie jest żadna puenta, ale myślę o nim jak o bólu albo swędzeniu. Skądś biorą się takie przygody.

h1

2x

sierpień 31, 2009

Na ten przykład dwie radochy ostatnio, z tygodni kiedy mi się przesterowała percepcja i było na tyle dobrze i obficie w inne potajemne inspiracje, że może uda się to zamienić w jakiś batonik.

„Last house on the left” lepszy niż oryginał moim zdaniem, o ile jest sens porównywać. Środki oczywiście współczesne, już nie patrzy się na to ani przez chwilę jak na psychodelizującą mistrzowską ramotę. Hipnotyzerka emocjami, paranoją, brud w kamerze ten sam, tylko nowszy. Szybko wskakujemy w sam środek psychodramy ciężkiego kalibru, a zagrane jest to znakomicie. Akcenty poprzykładane sensownie i symetrycznie, pomysł bazowy mocniej wyeksploatowany: synalek, który buntuje się przeciwko porytemu ojcu w imię człowieczeństwa, rodziciele skatowanej laski, którzy zrywają z człowieczeństwem w imię lojalności, rodziny, zemsty. Napięcie nie schodzi, psychologicznie jest bezustanna – jak to u nas mówią – wiksa, bohaterowie nie mają chwili wytchnienia, nie ma opcji, że krzyczą, a ty nie wiesz dlaczego. Zresztą krzyczą tyleż, co się czają.

Radiohead. Zostałem oczywiście zmieciony. Jasne, ostatnio nie słuchało się już ich tyle co kiedyś, za czasów bardziej łopatologicznego cierpiętnictwa, no może „Amnesiaca” czasem w charakterze ambientu i kontrolowanego łapania stanów klaustrofobicznych. Ale kiedy jechałem siedem jeden te kilka przystanków, to zorientowałem się, że czekałem na to jednak, choć nie aż tak oczywiście, żeby jeździć do Niemców. I jak widzę tego chłopca w wypas okularach jak pyta: „I co? Cieszycie się na koncert, bo ja niezbyt?” to idę siku, postać pół godziny w kolejce. Nie tej, martwię się, ale dupą przyszedłem pokręcić.
Więc zostałem zmieciony, ale w dziwny jakiś sposób. Stare kawałki działały energetyzująco, takie Lucky, czy Street Spirit wcale mnie nie wykręcały, tylko ładowały baterie jakby mi ktoś wsadził w ten mój tyłeczek od kręcenia kabel z elektrowni atomowej. Momentem najbardziej rozkładającym, takim żebym łzę uronić i pochlipać i sercem pokrwawić było Videotape, przy którym nastąpiła seria niepohamowanych reakcji fizjologicznych, czytaj: posrałem się, by nie odchodzić za daleko od motywu przewodniego. Naprawdę mocny kawałek. Nie było Pyramid Song i Knives Out, co jest bólikiem, bo jak jest Creep i całe In Rainbows bez dwóch kawałków, to czemu nie może być tych. Chłopczyk płacze, tupie. I tak stężenie dóbr było tak wysokie, że właściwie z każdym kawałkiem robiłem „ojej”, a potem wiadomo pląsy, czekanie na te przejścia, POSŁUCHAJ TEGO PRZEJŚCIA, Johnny dajesz, dajesz Jan. Po prostu nie da się ukryć, że goście mają repertuar. Wepchnąłem się między świetnych ludzi we własnoręcznych koszulkach, koleś rozpoznawał po gitarze jaki będzie kawałek, potem wiedział, że to ta setlista i umiał ją na pamięć. Drugi z każdym kawałkiem unosił pięści ku niebu i potrząsał nimi jak jakaś postać z Dragon Balla, która ściąga pioruny. Straszne rzeczy. Bałbym się o tych ludzi, gdybym był obecny. Nagłośnienie, światełka, to wiadomo, perfekcyjne. Ale perfekcyjne, mówimy o perfekcji. Faile też perfekcyjne. Ogólnie wyluzowani goście, ładnie śpiewają, a Creep to naprawdę stara piosenka i to tamci są dziwni. Egzaltacja wskazana na pohybel cynikom.

h1

jak wyrwałem się ze szponów nałogu

sierpień 5, 2009

Rankiem, w piątek, 31 lipca po raz ostatni rzuciłem szlugi. Wyrwałem się ze szponów nałogu. Pewnie zrobiłbym to wcześniej, gdyby nie ludzie, którzy wymyślają takie sformułowania jak „wyrwać się ze szponów nałogu”, czy „mały cichy morderca”. Albo ten gej, który rozbiera obce kobiety i pokazuje im jak mają sobie podpiąć cellulit klamerkami na tyłku, żeby wyglądać korzystnie na reklamie seksu. Albo ci co mierzą wiek biologiczny i mówią ci, że twoje ciało już umarło, chociaż czujesz się nieźle. A taki brzuszek jest najbardziej niebezpieczny! Gdyby nie wąsate opalone pany w niebieskich koszulach, śmierdzące old-spicem, którzy przyłazili jak sobie jaraliśmy z Grzesiem portierem i gadali jakie to gówno, jak zabija, ile wycieczek do Egiptu mógłbym sobie za to zafundować, jakbym kiedykolwiek mówił, że chcę do Egiptu, czy gdziekolwiek. Do Egiptu eksmitowałbym wszystkich tych krzyżowców antynikotynowych, w skrzyniach razem z kurami, rozjebanym samolotem jak z Indiany Jonesa, wywalił na samym środku pustyni z rakietą marlboro do picia. A chętniej jeszcze załadowałbym ich w batyskafy z piecykiem zamiast butli, rurkami itd., a w piecyku popularne i mocki, fifty-fifty. Jeden dzień w takim ubranku to byłaby dla nich genialna szkoła liberalizmu, tolerancji i całego tego szajsu, który pozwala mi jakoś przetrzymać dzień za dniem, niezależnie od tego czy palę, czy nie palę, czy chce mi się to, czy tamto. Bowiem przede wszystkim od rzucania palenia odstręczała mnie groźba, że stanę się akceptowany społecznie, jako że społeczeństwo nie akceptuje palenia papierosów, które cuchną. Bo społeczeństwo nie znajduje żadnej przyjemności w przedzieraniu się z chorymi na astmę dziećmi na rękach przez opary gryzącego dymu zalegające przed instytucjami publicznymi, do których musimy chodzić wszyscy. Kiedy zaś rzucasz stajesz się częścią społeczeństwa, co jest dla mnie mocno przerażające, bo po prawdzie wolałbym swoje ze społeczeństwem kontakty ograniczyć do niezbędnego minimum. Co uzasadniam tego społeczeństwa niedoskonałością tak znaczną, że nawet jednostki zdebilałe pokroju Ziętka mogą ją zauważyć. I rzuciłbym dawno temu, ale perspektywa, że budzę się ze społeczeństwem w łóżku, że się do mnie społeczeństwo tuli w tramwaju, zamiast odwracać się z obrzydzeniem wyczuwszy smród flegmy nikotynowej, zobaczywszy pożółkłe, poskręcane paznokcie, ta wizja mnie przerażała. W końcu jednak doszedłem do wniosku, że jeśli sfera prywatności skurczy się tak, że nie będę mógł wytrzymać, wysmaruję twarz gównem, o ile taniej i zdrowiej. I rzuciłbym jeszcze, gdyby nie ci pierdoleni jogini, weganie, fani głodówek oczyszczających, wyznawcy winka do obiadku zamiast wódy do śniadanka. Kolega po medycynie co pierdoli, żebym soli nie sypał, bo mi zaraz żyły skruszeją, bo mi zaraz giry się oplotą wokół szyi od łyżki soli za dużo. Wszyscy ci byli palacze z trzydziestololetnim stażem, co rzucili po drugim zawale i teraz głoszą dobrą nowinę. Gdyby nie autorzy podręczników do rzucania fajek, z zapałem godnym zielonoświątkowców na rauszu orzekający, że mają zamiar wyleczyć świat z palenia, że gdyby nie szlugi Izrael wziąłby się z Palestyną zbratał, a Kosowo wzięło sklonowało i dla każdego by było po jednym i dla nas jeszcze jeden w bonusie na darmową turystykę. Gdyby nie chuj Cymański i wszyscy Cymańscy stojący za Cymańskim, przed nim i obok niego. I tak dalej. Czarna lista jest długa. Czarne listy zawsze są długie, a moje czarne listy są najdłuższe.

Ale rzuciłem. Rzuciłem, bo są drogie i niezdrowe. Drogie, bo Cymański i wszystkie Cymańskie nad i pod muszą skądś brać pieniądze na wciąż wzrastającą liczbę narodowych komórek zrakowaciałych. Kiedyśmy wczoraj jechali ze wsi autostradą szerokobieżną szesnastopasmową rżniętą w czarnym dyjamencie, widzieliśmy na horyzoncie pola komórek rakowych powoli pożerające krajobraz. Myśmy się oddalali, one jednak prędko nas doganiały. Wreszcie udało nam się hycnąć na polną dróżkę, przedrzeć przez matecznik i jakoś je zgubić. Jednak było blisko. A nie zdarza się się to rzadko, co pewnie wiecie z grilli, ludzie opowiadają. Właśnie dlatego Cymańskie muszą podwyższać akcyzy i ładować kasę w niepalące komanda wykwalifikowanych najemników, którzy te komórki rakowe osuszają wpierw z użyciem herbicydów, potem zaś zeskrobują kozikiem do szczelnych aluminiowych słojów i zakopują na pilnie strzeżonych wysypiskach w Łebie. Fajnie się o tym słucha, ale obywatel musi wiedzieć, że to kurwa jego matka Polska generuje koszta.

Nie o polityce chciałem. Rzuciłem. Wstałem rano, w drodze do pracy spaliłem dwa ostatnie, mam piętnaście minut spacerku, to zawsze dwa zdążyłem zjarać. I stwierdziłem, że już nie lubię, że mnie męczą, że mi się spać ciągle chce przez nie, że kace są niebotyczne przez szlugi właśnie, że ja za mało sypiam, żeby jeszcze szlugi palić. Że skoro żyć trzeba i skoro jest tak samo chujowo z fajkami czy bez, to przynajmniej nie będę kaszlał i poczuję jakieś smaki.

I z początku byłem chojrak, potem oczywiście pojawiły się jakieś komplikacje, a to zasysa, a to coś, ale ogólnie spodziewałem się jakiejś poważnej ścieżki zdrowia, a tu raczej nieźle. Czasem tylko się łapię, że nie mrugałem od godziny. Dotykam twarzy i wtedy okazuje się, że ma ona kształt i wyraz jak u zająca, który wbiegł na jezdnię, a w jego stronię toczy się czterdziestotonowa ciężarówka. OK. Daję sobie plaskacza i jest OK. Czasem ślinianki szaleją, szczypią i zasysają policzki do wewnątrz jak rura odkurzacza. Zauważyłem, że pomaga im wtedy alkohol. Alkohol w ogóle pomaga. Muszę się przyzwyczajać do alkoholu bez papierosów, żeby się przy najbliższej okazji nie złamać. To przecież najtrudniejsze, nie palić w sytuacji towarzyskiej, do piwa nie zapalić. Dlatego nie szczędzę sobie. Rano przed robotą ćwiarunia pozwala się jakoś zakotwiczyć, w znakomitym humorze a energicznie dohasać do robótki. Dziś nawet zagadałem do tej zgrabnej z trochę dużym nosem, co zawsze stoi na przystanku, mam jej numer, pójdziemy się napić. Więc wpadam do biura wesoły, klepię kierownika po pleckach, koleżankę obcałowuję, godzinkę siedzę przy kompie odpisuję na mejle, w jakąś gierkę flashową pogram, cieszę się każdą chwilą bez papierosa i po dwóch godzinkach lunch. Na lunchu piwko jedno, drugie i z powrotem do robótek ręcznych. Sru i mija kilka godzinek, a każda minuta bez papieroska to orgazm. Jest już zacna ilość prądu we krwi, wystarczy teraz ino odświeżać, toteż mam zapasik w chlebaczku, ćwiarunia, a jak, ale ta nowa – weźmy poprawkę – ta ćwiarunia od Cymańskich, czyli 0,2, mniejsza taka, skromniejsza taka. I sięgam sobie po nią, jak kto wyjdzie, jak pusto, bo w różnych celach służbowych i prywatnych ludzie wychodzą. I tak gul, gul, sobie rozszerzam te naczynia krwionośne, żeby się rozbudzić, bowiem brak nikotyny wywołuje ospałość, podobnie jak jej nadmiar. W międzyczasie wyskoczę na lunch drugi i też jakieś piwko, zależnie od humoru, może być także setunia z tymbarkiem, wszystko zależy, trudno mówić o jakiejś regule, grunt że nie palę i daje mi to kopa. A o tej 15 odbijam kartę i wytaczam się do pobliskiego parczku. Nim ruszę do domu, jednak chwilkę sobie drzemię, z godzinkę, przy fontannie, na ławeczce, a potem do domku idę i śpię już mocno, zapalczywie. Kace są czyste, energetyczne, zupełnie pozbawione tej piekielnej smoły, tej groźby, owej przestrogi, przyczajonej w każdej rzeczy żywej i martwej. Jak się zbudzę, idę do kobity, położyć gorący łeb w chłodzie biustu. Krzyczy, oczywiście, że krzyczy, co ma nie krzyczeć, co to za kobita co nie krzyczy. Że śmierdzę trawionym alkoholem. Jak zwykle. No przecież, że zawsze śmierdzę alkoholem. Dziś akurat trawionym. A jak nie trawionym to przetrawionym. A jak nie przetrawionym, to tym, co właśnie połykam. A jak nie tym, co właśnie połykam, to tym, co go dopiero wypiję. Jak paliłem i piłem mniej to regularnie dostawałem zjebkę: “Śmierdzisz alkoholem, który wypijesz za tydzień w knajpie”. Nie miałem riposty. Teraz mógłbym odpowiedzieć, że wali szlugami, ale nie mówię, bo nie chcę być jak tamci. Sugeruje mi, że od kiedy nie palę, zachowuję się jak alkoholik, co jest idiotyzmem szczerozłotym, bowiem alkoholicy palą. Nikt nigdzie nie widział alkoholika niepalącego. Jest to postać równie absurdalna jak kobita niekrzycząca. Zresztą ten słodki jazgocik wspaniale kołysze do snu, szczególnie jeśli poprzeć go jakimś ciekłym argumentem, dajmy na to kilkoma lampeczkami bordeaux z biedronki. A rano wstaję umęczony, wyświęcony i zaczynam od początku. I trwa to tak od piątku, nie licząc weekendu, którego zupełnie nie pamiętam, jeno jakieś twarze, dobre kobiece dłonie polewające gorzką, a do zagryzienia dające pierniczek utrzymany w przystającej korzennej tonacji, a czasem ogórek. I tak jakoś sobie radzę, wyrwawszy się ze szponów nałogu.

h1

rzeczy

lipiec 7, 2009

rzeczy

Pod wpływem notki u Marcelego powtórzyłem sobie trzeci raz „Rzeczy” Pereca i upewniłem się, że nadal pozostaje to dla mnie jedna z istotniejszych książeczek. Poszukajcie recenzji w necie, ja nie jestem recenzentem.

Można czytać to socjo albo pokoleniowo (68). Też miałem klimaty przeciwko wszystkim, przeciw wszystkiemu i już mi się nasuwały analogie z tym i owym. Zawsze mnie się ta książka przypomina w sytuacji laptop, zobacz, tydzień byłem w Tunezji, tysiąc fotek zrobiłem, wszystko mam, mam na własność na dysku, a tu Misiek pod palmą. Nie mówię, że podobna skaza mnie nie dotyczy, wielu jakoś tam dotyczy w mniejszym lub większym stopniu i między innymi dlatego tak ten tekst kopie.

Chęć ocalenia przez nagranie albo zapisanie, zbieranie paragonów, papierków po batonikach, list zakupów. Kiedyś czytałem, że gość miał to mocno i dosłownie.

Ten jego styl, te jego słówka, nie słowa. Sposób w jaki tym swoim obracaniem słówkami, tą miłością do rozestetyzowanych snobistycznych sformułowanek, tych wyliczeń, minikatalogów opisuje wydziedziczenie bohaterów, to ich odklejenie od zewnętrznego, nieosiągalnego świata. Właściwie w ich imieniu zagarnia bogactwa, których nigdy nie będą mieli. Traktuje te słówka z namiętnością jakiegoś psychicznego kolekcjonera holenderskich znaczków z wiatrakami. Szamańskie pisanie, a spokojne i uporządkowane jak salon Almi Decor.
A ci bohaterowie to tacy wieczni tułacze w świecie przedmiotów. Zresztą Ziemia Obiecana pojawia się tam wprost w pewnym momencie. I pojawia się kilka innych takich wzmocnień, pochowanych w tle, a jednak ważnych, bo sporo sygnalizujących, jakieś właśnie żydowskie, złote wieki vs pociągi i wiek rdzy, jakieś kolonializmy, Marks, to wszystko tę książeczkę dodatkowo scala, zagęszcza, a przy tym zupełnie się nie narzuca, ona dzieje się sama w sobie. Jeśli ktoś traktuje książkę jak rebus, może się pod to śmiało podczepić i sobie rozwiązać, też kiedyś trzasnąłem taką słabą organizującą rozprawkę do szkoły, ale już nie muszę. Notuję, przeczytałem po raz trzeci i znowu nie uważam, żebym skończył, cenię w tej zabawie moment, że coś mi gra, coś prawie wiem, ale nie zamierzam odkrywać do końca. Może to lenistwo, może czytam źle, może po prostu wolę soft niż ginekologię.

Chociażby końcówka, kiedy oni trafiają na arabskie targowisko i macają rzeczy, ale to są pozbawione marki rękodzieła i choć powinny być prawdziwsze, już nie są, bo nie są z kultury Wielkiego Żarcia. Nie są właściwie rzeczywistością, tylko jakimś mirażem. To ich pożądanie stwarza rzeczy i świat, a tych śmieci akurat nie pożądają. Można by to ująć np. tak efektownie: Świat jest lustrem, które odbija nic. Wiem jak to brzmi.
Są więc skazani na ten jedyny świat, którego definicję mają zakodowaną, obce jest dla nich nieprawdziwe, a to nowe prawdziwe nieosiągalne. I na samym końcu lądują w pustce, jak tam gdzieś przy końcu jest wprost sformułowane, chociaż wcale by nie musiało, bo dowodzenie jest klarownie poprowadzone, ale też nie w pysk, o czym już przecież mówiłem.

Zrobię wszystko, żebyście nie chcieli tego czytać. Genialna książeczka.

„Życie: Instrukcja obsługi” już czeka, ale zanim się wezmę trochę minie, bo to i tamto, bo łażę i nie dosypiam albo nie łażę i odsypiam. Zdarza mi się gadać, a nawet rozmawiać, co już zakrawa na zupełną degenerację.

h1

dodaj nowy wpis

czerwiec 28, 2009

Więc wznawiam. Miałem kryzys. W kryzysie wygląda się tak:

pp

Gdzie są moje nogi?!!

Tak, tamtą funeralną notkę pisałem na kacu, a co myśleliście. Klasyczne zadławienie macicy, wapory uderzają do głowy, czarna żółć wylewa się uszami i nosem. I tak to potem wygląda.

Zero wysiłków w kierunku jakichś naprędce skleconych miniaturek literackich, więcej oldskulowej przyjemności z raportowania przygód z ogólnie pojętą kulturką, bez szczególnych napięć, raczej niedzielnie, żadnych narratorów, a poza tym niczego nie obiecuję. Żadnego seksu nie obiecuję. Seks jest brudny.

Zresztą i tak stracę kontrolę.

Są jasne strony przeciągającego się braku miesiączki. Odosobnienie i kontemplacja przydały mojej twarzy szlachetnych rysów. Jeszcze sześć takich kryzysów i będę bogiem. A po kryzysie wygląda się tak:

pp

Do zobaczenia za trzy miesiące.