Rankiem, w piątek, 31 lipca po raz ostatni rzuciłem szlugi. Wyrwałem się ze szponów nałogu. Pewnie zrobiłbym to wcześniej, gdyby nie ludzie, którzy wymyślają takie sformułowania jak „wyrwać się ze szponów nałogu”, czy „mały cichy morderca”. Albo ten gej, który rozbiera obce kobiety i pokazuje im jak mają sobie podpiąć cellulit klamerkami na tyłku, żeby wyglądać korzystnie na reklamie seksu. Albo ci co mierzą wiek biologiczny i mówią ci, że twoje ciało już umarło, chociaż czujesz się nieźle. A taki brzuszek jest najbardziej niebezpieczny! Gdyby nie wąsate opalone pany w niebieskich koszulach, śmierdzące old-spicem, którzy przyłazili jak sobie jaraliśmy z Grzesiem portierem i gadali jakie to gówno, jak zabija, ile wycieczek do Egiptu mógłbym sobie za to zafundować, jakbym kiedykolwiek mówił, że chcę do Egiptu, czy gdziekolwiek. Do Egiptu eksmitowałbym wszystkich tych krzyżowców antynikotynowych, w skrzyniach razem z kurami, rozjebanym samolotem jak z Indiany Jonesa, wywalił na samym środku pustyni z rakietą marlboro do picia. A chętniej jeszcze załadowałbym ich w batyskafy z piecykiem zamiast butli, rurkami itd., a w piecyku popularne i mocki, fifty-fifty. Jeden dzień w takim ubranku to byłaby dla nich genialna szkoła liberalizmu, tolerancji i całego tego szajsu, który pozwala mi jakoś przetrzymać dzień za dniem, niezależnie od tego czy palę, czy nie palę, czy chce mi się to, czy tamto. Bowiem przede wszystkim od rzucania palenia odstręczała mnie groźba, że stanę się akceptowany społecznie, jako że społeczeństwo nie akceptuje palenia papierosów, które cuchną. Bo społeczeństwo nie znajduje żadnej przyjemności w przedzieraniu się z chorymi na astmę dziećmi na rękach przez opary gryzącego dymu zalegające przed instytucjami publicznymi, do których musimy chodzić wszyscy. Kiedy zaś rzucasz stajesz się częścią społeczeństwa, co jest dla mnie mocno przerażające, bo po prawdzie wolałbym swoje ze społeczeństwem kontakty ograniczyć do niezbędnego minimum. Co uzasadniam tego społeczeństwa niedoskonałością tak znaczną, że nawet jednostki zdebilałe pokroju Ziętka mogą ją zauważyć. I rzuciłbym dawno temu, ale perspektywa, że budzę się ze społeczeństwem w łóżku, że się do mnie społeczeństwo tuli w tramwaju, zamiast odwracać się z obrzydzeniem wyczuwszy smród flegmy nikotynowej, zobaczywszy pożółkłe, poskręcane paznokcie, ta wizja mnie przerażała. W końcu jednak doszedłem do wniosku, że jeśli sfera prywatności skurczy się tak, że nie będę mógł wytrzymać, wysmaruję twarz gównem, o ile taniej i zdrowiej. I rzuciłbym jeszcze, gdyby nie ci pierdoleni jogini, weganie, fani głodówek oczyszczających, wyznawcy winka do obiadku zamiast wódy do śniadanka. Kolega po medycynie co pierdoli, żebym soli nie sypał, bo mi zaraz żyły skruszeją, bo mi zaraz giry się oplotą wokół szyi od łyżki soli za dużo. Wszyscy ci byli palacze z trzydziestololetnim stażem, co rzucili po drugim zawale i teraz głoszą dobrą nowinę. Gdyby nie autorzy podręczników do rzucania fajek, z zapałem godnym zielonoświątkowców na rauszu orzekający, że mają zamiar wyleczyć świat z palenia, że gdyby nie szlugi Izrael wziąłby się z Palestyną zbratał, a Kosowo wzięło sklonowało i dla każdego by było po jednym i dla nas jeszcze jeden w bonusie na darmową turystykę. Gdyby nie chuj Cymański i wszyscy Cymańscy stojący za Cymańskim, przed nim i obok niego. I tak dalej. Czarna lista jest długa. Czarne listy zawsze są długie, a moje czarne listy są najdłuższe.
Ale rzuciłem. Rzuciłem, bo są drogie i niezdrowe. Drogie, bo Cymański i wszystkie Cymańskie nad i pod muszą skądś brać pieniądze na wciąż wzrastającą liczbę narodowych komórek zrakowaciałych. Kiedyśmy wczoraj jechali ze wsi autostradą szerokobieżną szesnastopasmową rżniętą w czarnym dyjamencie, widzieliśmy na horyzoncie pola komórek rakowych powoli pożerające krajobraz. Myśmy się oddalali, one jednak prędko nas doganiały. Wreszcie udało nam się hycnąć na polną dróżkę, przedrzeć przez matecznik i jakoś je zgubić. Jednak było blisko. A nie zdarza się się to rzadko, co pewnie wiecie z grilli, ludzie opowiadają. Właśnie dlatego Cymańskie muszą podwyższać akcyzy i ładować kasę w niepalące komanda wykwalifikowanych najemników, którzy te komórki rakowe osuszają wpierw z użyciem herbicydów, potem zaś zeskrobują kozikiem do szczelnych aluminiowych słojów i zakopują na pilnie strzeżonych wysypiskach w Łebie. Fajnie się o tym słucha, ale obywatel musi wiedzieć, że to kurwa jego matka Polska generuje koszta.
Nie o polityce chciałem. Rzuciłem. Wstałem rano, w drodze do pracy spaliłem dwa ostatnie, mam piętnaście minut spacerku, to zawsze dwa zdążyłem zjarać. I stwierdziłem, że już nie lubię, że mnie męczą, że mi się spać ciągle chce przez nie, że kace są niebotyczne przez szlugi właśnie, że ja za mało sypiam, żeby jeszcze szlugi palić. Że skoro żyć trzeba i skoro jest tak samo chujowo z fajkami czy bez, to przynajmniej nie będę kaszlał i poczuję jakieś smaki.
I z początku byłem chojrak, potem oczywiście pojawiły się jakieś komplikacje, a to zasysa, a to coś, ale ogólnie spodziewałem się jakiejś poważnej ścieżki zdrowia, a tu raczej nieźle. Czasem tylko się łapię, że nie mrugałem od godziny. Dotykam twarzy i wtedy okazuje się, że ma ona kształt i wyraz jak u zająca, który wbiegł na jezdnię, a w jego stronię toczy się czterdziestotonowa ciężarówka. OK. Daję sobie plaskacza i jest OK. Czasem ślinianki szaleją, szczypią i zasysają policzki do wewnątrz jak rura odkurzacza. Zauważyłem, że pomaga im wtedy alkohol. Alkohol w ogóle pomaga. Muszę się przyzwyczajać do alkoholu bez papierosów, żeby się przy najbliższej okazji nie złamać. To przecież najtrudniejsze, nie palić w sytuacji towarzyskiej, do piwa nie zapalić. Dlatego nie szczędzę sobie. Rano przed robotą ćwiarunia pozwala się jakoś zakotwiczyć, w znakomitym humorze a energicznie dohasać do robótki. Dziś nawet zagadałem do tej zgrabnej z trochę dużym nosem, co zawsze stoi na przystanku, mam jej numer, pójdziemy się napić. Więc wpadam do biura wesoły, klepię kierownika po pleckach, koleżankę obcałowuję, godzinkę siedzę przy kompie odpisuję na mejle, w jakąś gierkę flashową pogram, cieszę się każdą chwilą bez papierosa i po dwóch godzinkach lunch. Na lunchu piwko jedno, drugie i z powrotem do robótek ręcznych. Sru i mija kilka godzinek, a każda minuta bez papieroska to orgazm. Jest już zacna ilość prądu we krwi, wystarczy teraz ino odświeżać, toteż mam zapasik w chlebaczku, ćwiarunia, a jak, ale ta nowa – weźmy poprawkę – ta ćwiarunia od Cymańskich, czyli 0,2, mniejsza taka, skromniejsza taka. I sięgam sobie po nią, jak kto wyjdzie, jak pusto, bo w różnych celach służbowych i prywatnych ludzie wychodzą. I tak gul, gul, sobie rozszerzam te naczynia krwionośne, żeby się rozbudzić, bowiem brak nikotyny wywołuje ospałość, podobnie jak jej nadmiar. W międzyczasie wyskoczę na lunch drugi i też jakieś piwko, zależnie od humoru, może być także setunia z tymbarkiem, wszystko zależy, trudno mówić o jakiejś regule, grunt że nie palę i daje mi to kopa. A o tej 15 odbijam kartę i wytaczam się do pobliskiego parczku. Nim ruszę do domu, jednak chwilkę sobie drzemię, z godzinkę, przy fontannie, na ławeczce, a potem do domku idę i śpię już mocno, zapalczywie. Kace są czyste, energetyczne, zupełnie pozbawione tej piekielnej smoły, tej groźby, owej przestrogi, przyczajonej w każdej rzeczy żywej i martwej. Jak się zbudzę, idę do kobity, położyć gorący łeb w chłodzie biustu. Krzyczy, oczywiście, że krzyczy, co ma nie krzyczeć, co to za kobita co nie krzyczy. Że śmierdzę trawionym alkoholem. Jak zwykle. No przecież, że zawsze śmierdzę alkoholem. Dziś akurat trawionym. A jak nie trawionym to przetrawionym. A jak nie przetrawionym, to tym, co właśnie połykam. A jak nie tym, co właśnie połykam, to tym, co go dopiero wypiję. Jak paliłem i piłem mniej to regularnie dostawałem zjebkę: “Śmierdzisz alkoholem, który wypijesz za tydzień w knajpie”. Nie miałem riposty. Teraz mógłbym odpowiedzieć, że wali szlugami, ale nie mówię, bo nie chcę być jak tamci. Sugeruje mi, że od kiedy nie palę, zachowuję się jak alkoholik, co jest idiotyzmem szczerozłotym, bowiem alkoholicy palą. Nikt nigdzie nie widział alkoholika niepalącego. Jest to postać równie absurdalna jak kobita niekrzycząca. Zresztą ten słodki jazgocik wspaniale kołysze do snu, szczególnie jeśli poprzeć go jakimś ciekłym argumentem, dajmy na to kilkoma lampeczkami bordeaux z biedronki. A rano wstaję umęczony, wyświęcony i zaczynam od początku. I trwa to tak od piątku, nie licząc weekendu, którego zupełnie nie pamiętam, jeno jakieś twarze, dobre kobiece dłonie polewające gorzką, a do zagryzienia dające pierniczek utrzymany w przystającej korzennej tonacji, a czasem ogórek. I tak jakoś sobie radzę, wyrwawszy się ze szponów nałogu.